Reklama

Historia

Jeszcze przyjdzie zwycięstwo…

Zamordowani wracają. Dziś już tylko na karty historii. Rzeczpospolita jednak, choć niemrawo, przywraca im godność, której chcieli ich pozbawić komunistyczni zbrodniarze, do dzisiaj jeszcze żyjący

Zabijali w dzień i w nocy. Systematycznie. Mieli zgładzić polską godność. Zamordować polski patriotyzm. Wyniszczyć polskie elity i zastąpić je nowymi, oddanymi sowieckim okupantom. Byli okupantami bądź ich kolaborantami. Należeli do Polskiej Partii Robotniczej, później do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, również do Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego bądź Stronnictwa Demokratycznego. Mordowali za wątpliwy awans lub zmazanie własnych win. Zdradzali polskie interesy, reprezentując sowiecki imperializm na wszystkich poziomach życia narodu polskiego. Wchodzili też do struktur terroru o polskiej lub o sowieckiej nazwie: Ludowy Komisariat Spraw Wewnętrznych (NKWD) - Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego. Informacja Wojskowa - Smiersz…

Dobijanie elit

Już w 1944 r. sowieckie służby terroru mordowały polskich żołnierzy, mimo że wojsko polskie było koalicjantem w walce z Niemcami. Polaków zabijano strzałem w tył głowy. W podstępnych zasadzkach. Wywożąc na Syberię czy Kołymę. Mordowano nie tylko wojskowych, również tysiące cywilów, którzy w jakikolwiek sposób stanęli na drodze budowy sowieckiego imperializmu. Przeciwników osadzano w obozach Majdanka czy Oświęcimia - jeszcze niedawno prowadzonych przez niemieckich oprawców. Mordowano świeckich i księży. Dorosłych. Kobiety. Dzieci. Skazywano na śmierć i wyroki wykonywano zarówno za posiadanie broni, jak i odbiornika radiowego. Mordowano skrycie, bez wyroków - jak na powiatowych czy wojewódzkich komendach urzędów bezpieczeństwa publicznego. I jawnie - wytaczając procesy polskim bohaterom, walczącym o niepodległość ojczyzny… Od 17 września 1939 r. po koniec 1989 r.

Reklama

Jednak do dzisiaj historycy nie są w stanie wyjaśnić wielu zbrodni. Prawnicy zaś nie są skorzy stawiać w prawdzie komunistycznych zbrodniarzy. Zarówno jedni, jak i drudzy nie są nawet w stanie powiedzieć, ilu Polaków zostało skazanych na karę śmierci przez sądy wojskowe czy cywilne w latach powojennych. Kilka tysięcy, kilkanaście czy kilkadziesiąt? Natomiast żyjący jeszcze komunistyczni mordercy chodzą nadal bezkarni, skarżąc się, że są prześladowani za... działalność polityczną, jak mówił niedawno przed sądem jeden z najbardziej sadystycznych zbrodniarzy, funkcjonariusz Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego - Jerzy Kędziora. Państwo Izrael natomiast, w liście do Komisji ds. Badania Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu, odmawiając ekstradycji komunistycznego zbrodniarza, jakim był Salomon Morel, stwierdziło: „(…) Morel i jego rodzina byli ewidentnie ofiarami zbrodni ludobójstwa popełnionych przez hitlerowców i Polaków z nimi współpracujących”.

Wychodzili dumnie

Wyroki śmierci wykonywano na polskich patriotach w kilkunastu więzieniach. Nie było reguły. Czasem w dzień, czasem w nocy, przed północą, nad ranem albo w południe. W Wielki Czwartek. Piątek. Sobotę. W Wigilię Bożego Narodzenia. Strzałem w tył głowy lub przez powieszenie. Przez pluton egzekucyjny lub przez pijanego strażnika oprawcę.

- Widziałem, jak wykonywano wyrok na chłopakach z WiN. To było 1 marca 1951 r. Tuż po 20.00. Sześciu tego samego dnia. Najpierw trzech wyprowadzili, po pół godzinie następnych - wspomina Romuald Woźniacki, żołnierz AK skazany na karę śmierci. - Trzech zamordowano strzałem w tył głowy. Miałem środkowe łóżko, kiedy ich wyprowadzali. Leżąc, patrzyłem przez blindy okna i widziałem budynek magazynu, gdzie wykonywano wyroki. Obserwowałem, jak ich prowadzili. Może chciałem być świadkiem mordu? Może oddać im w ten sposób hołd? Nie wiem… Do magazynów było kilkadziesiąt metrów. Zniknęli za rogiem budynku. Usłyszałem kilka strzałów. Chyba miesiąc wcześniej z naszej celi zostali wyprowadzeni Antoni Olechnowicz i Gracjan Fróg. Zdaje się tego samego dnia zostali zastrzeleni Lucjan Minkiewicz i Zygmunt Szendzielarz „Łupaszka”. O, ten miał zawsze pierś do przodu. Chodził po celi i mówił, że dumny jest z tego, co zrobił. On, a także Minkiewicz i Olechnowicz świadomie wychodzili na wykonanie wyroku. Żegnali się z nami, mówiąc: „Cześć, panowie, zostańcie z Bogiem”. Nie widziałem w nich lęku i to mi pozwoliło nie zwariować w celi śmierci, gdy czekałem na wykonanie wyroku. A kiedy wyprowadzono mnie z celi, szedłem tak jak oni. Spokojnie. Nie wiedziałem, że zdjęto mi karę śmierci… Wszyscy w naszej celi mieli już zatwierdzone wyroki śmierci. Stasio Skalski, Kazimierz Kobylański i Jan Zamoyski. Opowiadali fascynujące historie o podziemiu w Polsce i walkach na Zachodzie i wtedy nie myślało się o swoim końcu. Był z nami Staszek Skotnicki. Ten znakomicie recytował tomy Sienkiewicza. Jak gdyby sam brał udział w potopie szwedzkim. Ludzie, którzy mieli „kaesa”, zachowywali się na ogół po bohatersku. Tak jak to sobie wyobrażałem. Wychodzili bez lęku na śmierć. Łukasz Ciepliński z WiN mówił, że gdyby go wypuścili, to jeszcze raz by przeciw komunistom walczył. Na kilka dni przed śmiercią dał mi gryps do swego syna i powiedział: „Romciu, ciebie chyba ułaskawią. Powiedz rodzinie, że będę miał w ustach medalik. Jakby rodzina nie wiedziała, gdzie mnie pochowali, a pewnie mnie będą szukać, to jeśli znajdą jakieś szczątki z medalikiem w szczęce, to będę ja”. Po wyjściu z więzienia pojechałem do Poznania z grypsem. Oddałem go rodzinie. Pamiętam jak dziś: Łąkowa 9.

Reklama

- Nigdy nie zapomnę wykonania wyroków na ludziach od „Zapory”. To była końcówka zimy 1949 r. Tak, luty. Było nas wtedy w celi śmierci na Rakowieckiej chyba ze stu. Później - czterdziestu. Jedni mieli tydzień, inni mniej, a jeszcze inni… nie wiadomo ile jeszcze życia. Dokładnie nie pamiętam, jaki to był dzień. Okna naszej celi wychodziły na podwórko. Przez blindy widzieliśmy, jak naszych kolegów wyprowadzają. Wyprowadzono ich... Czasem było słychać strzały. Innym razem, by je zagłuszyć, wypuszczano parę z kotłowni. Kiedy już świtało, nad ranem, z piwnic wynoszono nieboszczyków. Podjeżdżał samochód albo furmanka i… zdaje się, że to niemieccy więźniowie ich ładowali. Nie robiło to na mnie jakiegoś przygnębiającego wrażenia. Nie można się było poddawać, rozczulać. Przecież sam w każdej chwili mogłem stać się oglądanym przez innych nieboszczykiem.

Przechodniu, pochyl czoło

Trupy przywożono na miejsce pochówku nocą albo wczesnym świtem. Na ogół furmanką albo ciężarówką przykrytą plandeką. Wrzucano je do zbiorowego dołu. Czasem zwłoki przysypywano niegaszonym wapnem, jak to miało miejsce w Warszawie na Służewcu, a niekiedy także na Służewie. To o nich pisał poeta Tadeusz Porayski, również wieloletni więzień z Rakowieckiej, w strofach dziś wykutych na kamieniu-pomniku Męczenników Terroru Komunistycznego 1944-1956, projektu Macieja Szańkowskiego. Monument stoi przed kościołem pw. św. Katarzyny w Warszawie, nieopodal miejsc pochówków pomordowanych na Rakowieckiej: „Przechodniu, pochyl czoło, wstrzymaj krok na chwilę,/Tu każda grudka krwią męczeńską broczy./ To jest Służewiec, to są nasze Termopile,/ Tu leżą ci, co chcieli bój do końca toczyć./ Nie odprowadził nas tu kondukt pogrzebowy,/ Nikt nie miał honorowej salwy ani wieńca./ W mokotowskim więzieniu krótki strzał w tył głowy,/ A potem mały kucyk wiózł nas do Służewca (…)”.

Od kilku lat zespół powołany przez IPN zajmuje się identyfikacją pomordowanych. Jak do tej pory wydobyto we Wrocławiu i w Warszawie blisko pół tysiąca szczątków ciał. Większość spośród pogrzebanych była przed śmiercią okrutnie katowana. To, co pozostało po nich, jest niemym oskarżeniem. Nauka pozwala dziś wyczytać, że przed straceniem więzień był torturowany lub wcześniej był ciężko ranny. Miał niewyleczone poważne choroby, co - nawet w myśl komunistycznego prawa - nie pozwalało na wykonanie wyroku…

Nadal niewiele wiadomo o miejscach pochówków naszych narodowych bohaterów. Żyjący do dziś zbrodniarze milczą na ten temat, wykazując niebywałą lojalność wobec morderczego systemu i sowieckiego mocodawcy. W ubiegłym roku IPN i Pomorski Uniwersytet Medyczny ze Szczecina powołały Polską Bazę Genetyczną Ofiar Totalitaryzmów. Dzięki niej, choćby podczas prac na warszawskich Powązkach pod koniec ubiegłego roku, udało się zidentyfikować trzy ofiary leżące w kwaterze „Ł”: Edmunda Bukowskiego, Stanisława Łukasika i Eugeniusza Smolińskiego. W lutym tego roku rozpoznano kolejnych pomordowanych: Tadeusza Pelaka, Bolesława Budelewskiego, Stanisława Abramowskiego i Stanisława Kasznicę. W sierpniu zaś „odtajniono” następne nazwiska dziewięciu ofiar rzuconych do bezimiennych dołów. Są to: Władysław Borowiec, Henryk Borowy-Borowski, Hieronim Dekutowski ps. Zapora, Zygfryd Kuliński, Józef Łukaszewicz, Henryk Pawłowski, Zygmunt Szendzielarz ps. „Łupaszka”, Wacław Walicki i Ryszard Widelski.

Oplute legendy

Wszyscy oni to oficerowie niezwykle zasłużeni w walce z Niemcami. Również uhonorowani najwyższymi odznaczeniami za walkę o niepodległość kraju. Jednak pracujący na zlecenie władz komunistycznych dziennikarze, pisarze czy filmowcy układali podczas procesów zmyślone portrety „nikczemnych zbrodniarzy”. Pisano o nich jak o pospolitych przestępcach, nie szczędząc ani kłamstw, ani obelg. Tymczasem każdy z nich był żołnierzem najwyższej próby. Hieronim Dekutowski „Zapora” był jednym z najbardziej zasłużonych żołnierzy Wojska Polskiego. Walczył w 1939 r., później we Francji i Anglii. Zaprzysiężony jako cichociemny, oficer Armii Krajowej, Delegatury Sił Zbrojnych na Kraj i Zrzeszenia „Wolność i Niezawisłość”, kawaler Orderu Virtuti Militari. Skazany na siedmiokrotną karę śmierci i zamordowany - „Zapora” miał zostać wymazany z pamięci lub zapamiętany jako… bandyta, dopuszczający się „najbardziej ohydnych przestępstw”. Takich jak „mordowanie bezbronnych kobiet i dzieci”, o czym zapewniał sędzia Józef Badecki podczas procesu. Kiedy w latach 70. ubiegłego wieku zburzono w Tarnobrzegu rodzinny dom „Zapory”, władza komunistyczna nie wypłaciła dziewiątej części odszkodowania rodzinie, bowiem... prawie ćwierć wieku wcześniej skazanemu Hieronimowi Dekutowskiemu zasądzono przepadek mienia. Rodzinę Dekutowskich szykanowano zresztą na różne sposoby. Ale, jak podkreśla siostrzenica majora - Krystyna Frąszczak, rodzina nigdy nie wątpiła w jego, „Zapory”, wierność Rzeczypospolitej. On zaś nigdy nie zwątpił w zwycięstwo wolnej Polski. Tuż przed śmiercią powiedział: „Przyjdzie zwycięstwo! Jeszcze Polska nie zginęła!”.

Również mjr Zygmunt Szendzielarz „Łupaszka”, skazany na osiemnastokrotną karę śmierci, podczas procesu, transmitowanego niemal codziennie, jesienią 1950 r. był przedstawiany jako pospolity przestępca. Tymczasem, jak wspominają jego żołnierze, był człowiekiem niezwykłej kultury i odwagi. Oficerem najwyższej próby, działającym zgodnie z rozkazami przełożonych. Ten zawodowy oficer, po Szkole Podchorążych Kawalerii w Grudziądzu, już podczas wojny w 1939 r. wykazał się niezwykłym męstwem, dowodząc drugim szwadronem 4. Pułku Ułanów Zaniemeńskich. Później był doskonałym dowódcą 5. Wileńskiej Brygady Armii Krajowej oraz oddziałów partyzanckich eksterytorialnego Okręgu Wileńskiego AK, następnie Ośrodka Mobilizacyjnego Okręgu Wileńskiego AK, odnosząc wiele imponujących zwycięstw w walkach z Niemcami czy Sowietami. Wśród odznaczeń, jakimi został uhonorowany, było również dla żołnierza najwyższe: Krzyż Virtuti Militari.

Obaj byli owiani legendą już za życia. I obaj szczególnie znienawidzeni przez komunistycznych zbrodniarzy. Na rozprawę przed czerwonym sądem obu ubrano w mundury hitlerowskie…

2013-09-09 15:52

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Pilecki zamiast czterech śpiących

To dopiero pierwszy etap walki o usuniecie „Czterech Śpiących” i postawienie w tym miejscu pomnika rotmistrza Pileckiego - podkreślają warszawscy radni PiS

Pierwszy etap rozegrał się w końcu sierpnia, gdy warszawscy radni Platformy Obywatelskiej ramię w ramię z postkomunistami z SLD zagłosowali przeciw wnioskowi o wprowadzenie pod obrady uchwały dotyczącej zastąpienia komunistycznego Pomnika Braterstwa Broni (tzw. Czterech Śpiących) pomnikiem rotmistrza Witolda Pileckiego.

CZYTAJ DALEJ

Św. Wacław

28 września obchodzimy wspomnienie liturgiczne św. Wacława - jednego z patronów katedry Wawelskiej. O tym szczególnym patronacie z prof. dr. hab. Jerzym Rajmanem, kierownikiem Katedry Historii Średniowiecznej Akademii Pedagogicznej w Krakowie, rozmawia Marcin Konik-Korn

CZYTAJ DALEJ

Wyczekiwany obiekt otwarty

2021-09-28 15:16

[ TEMATY ]

Częstochowa

Carias Archidiecezji Częstochowskiej

prysznicownia

Beata Pieczykura/Niedziela

Pierwsza i jedyna w Częstochowie prysznicownia i przebieralnia dla osób ubogich i bezdomnych 28 września została otwarta i poświęcona z inicjatywy Caritas Archidiecezji Częstochowskiej.

– Łaźnia jest niezbędna. Umożliwia udzielenie podstawowej pomocy drugiemu człowiekowi, który przebywa w miejscach niemieszkalnych. Taką osobę będziemy mogli zabrać z ulicy i przyprowadzić do łaźni, wykąpać i przebrać. Warto wiedzieć, że tacy ludzie są często w złym stanie fizycznym, psychicznym i wizualnym. Stąd możemy ich skierować do placówek – powiedziała „Niedzieli” Monika Borkowska-Dłużniak, streetworker, czyli pedagog ulicy, kierownik prysznicowni i przebieralni dla osób ubogich i bezdomnych Caritas Archidiecezji Częstochowskiej.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję