Reklama

Tygodnik

Z „Niedzielą” przez całe życie

„Niedziela” – to jest tak, jakby kapłan do domu przychodził i towarzyszył. To jest to samo! – uważa pani Maria Wyboń

Na ulicach mijamy setki ludzi, spotykamy ich w kościele, w miejscach pracy czy po prostu w sklepie podczas codziennych zakupów. Są to zwykli, zabiegani ludzie, niemający na nic czasu, a największym prezentem dla nich byłoby zapewne wydłużenie doby z 24 do 30 godzin. Sami wiemy, jak nam ciężko, gdy brakuje na coś czasu. Zamartwiamy się wtedy, jak wszystko zorganizować, by nie zaniedbać swoich obowiązków. Jednak pośród tych zwykłych ludzi, których spotykamy i wśród których żyjemy – trafiają się „perełki”. Ludzie niezwykli w swojej prostocie i dobroci. Historią właśnie takiej osoby chciałbym się dzisiaj z Wami, Drodzy Czytelnicy, podzielić.

Z „Niedzielą” na ty

Bukowa (woj. łódzkie) – maleńka, malownicza miejscowość w gminie Bełchatów będzie miejscem naszej podróży. To tutaj 28 czerwca 1937 r. przyszła na świat pani Maria Wyboń z d. Tarnowska. Wychowała się tam razem z bratem. Później założyła własną rodzinę i wychowała czwórkę dzieci. Byłaby to zwykła historia, jakich wiele, gdyby nie fakt, że w życiu pani Marii od wielu, wielu lat obecna jest „Niedziela”, którą zazwyczaj nabywa w rodzinnej parafii pw. Przenajświętszej Trójcy w Bogdanowie.

Panią Marię poznałem przez moją narzeczoną Martę, której jest babcią. Przyjmowała i nadal przyjmuje nas ciepło i życzliwie, a każde spotkanie obfituje w ciekawe historie, opowieści i mnóstwo życzliwości. Do tego domu po prostu chce się wracać. I właśnie kiedyś, podczas jednego z tych wspomnianych spotkań przy herbacie i ciastku, pojawił się temat czytania gazet. Babcia Marysia czytała mnóstwo gazet, jednak nigdy nie były to tzw. brukowce ani kolorowe, nastawione na szukanie sensacji i pełne plotek. Odkąd sięga pamięcią, w domu były gazety katolickie, bo to właśnie mama pani Marii wszczepiła w nią wiarę, a także szczególne umiłowanie prasy katolickiej. Mająca już 79 lat babcia od dłuższego czasu ma problemy ze wzrokiem. Nie czyta już tak dużo jak kiedyś. Postanowiła czytać tylko jedną gazetę – „Niedzielę” i zdradziła, że od kiedy kupuje nasz tygodnik katolicki, to każdy numer odkłada i zatrzymuje! Serce mi wtedy mocniej zabiło i postanowiłem, że gdy przyjadę następnym razem, porozmawiamy o tej przyjaźni z „Niedzielą”.

Reklama

Archiwum na strychu

Na początku następnego spotkania trzeba było trochę popracować. To było kilka godzin fizycznej pracy, babcia zabrała nas bowiem na strych i z całą rodziną znosiliśmy archiwalne egzemplarze „Niedzieli”. Poukładaliśmy wszystko na stole, a Pani Maria pilnowała, by nic się nie zniszczyło. Z wieloma wydaniami związane były jakieś wspomnienia, jednak najważniejsze, co udało mi się zauważyć, a czego słowami opisać się nie da, to... ten błysk w oku! W tych oczach, które wiele w życiu widziały, odbija się żywa obecność Boga, którego babcia odnajduje wciąż na nowo w każdym wydaniu „Niedzieli”.

Pani Maria dużo już w życiu przeżyła – wojnę, okupację, widziała ból i cierpienie ludzi. Pewnie dlatego tyle w niej dobra. – Tu zasieki były, żeby Niemca nie wpuścić do Piotrkowa Trybunalskiego... Ale było słabiej tam poobstawiane wojskiem, a tutaj było dobrze, bo tu był Czyżewski, ten generał. On tutaj wszystkiego pilnował, a tam było słabiej. Całą siłą uderzyli i weszli, a później tych biednych w kocioł wzięli. Były pociski. Paliło się. Przecież tu to cała wioska była wypalona. To nie była Bukowa, tylko zawsze mówili: „Na Butki”. Tak nas przezywali. No bo wiesz, okupacja, Niemiec, wojna. Kto ci tu dał ubezpieczenie, tzw. fajerkase? Każdy miał opłacone, ale kto ci co dał? To żeś szedł i żebrał słomy. Do lasu ci pozwolenie dali, bo miałeś swoje. Zaraz za lasem była granica (kościół znajdował się na części radzieckiej, pani Maria mieszkała na terenie III Rzeszy), tam był protektorat. Do kościoła już nie można było chodzić, bo był za granicą. A że moja mamusia miała matkę w Postękalicach, to Niemcy, ci „nasi”, dali pozwolenie, że może tam jechać, mogą dać jej żyta czy słomy. Zresztą brat się urodził 18 września, zaraz jak tylko skończył się front. A co to, jak domu nie było? Tylko w okopie, tatuś narzucał różności. Po głowie się lało. Tylko ubrania były w okopach – wspomina babcia Maria.

Zapytałem, skąd wzięło się u niej zainteresowanie „Niedzielą”. Pani Maria odpowiedziała: – A to już od mojej mamusi. Była patriotką. Przed wojną, w 1936 r., wyszła za mąż. Skończyła 5 klas. Stosy książek czytała. Wszystko nam, swoim dzieciom, tłumaczyła. Odkąd pamiętam, były u nas też gazety.

Reklama

„Niedziela” w domu pani Marii zajmuje szczególne miejsce od 1983 r. Gazety były w nim już wcześniej, ale wszystko strawił ogień. Byłem zachwycony dobrą pamięcią babci. Wspominała, że gazeta wydawana była z przerwami od 1926 r., opowiadała o ówczesnym biskupie częstochowskim Teodorze Kubinie.

Babcia Maria nie posiada jednak wszystkich egzemplarzy „Niedzieli”. Pomyślałem, że pewnie nie była w kościele albo po prostu nie kupiła. Nic z tych rzeczy! Kontynuuje:

– Wiesz, tu była taka chora. Nie wszyscy mogli sobie kupić. Jak tylko była „Niedziela”, to się dawało. Każdy się cieszył, że już jest (gdy była wydawana ponownie), taka radość była, że już wróciła.

Spośród ogromu archiwalnych numerów „Niedzieli” pani Maria nie potrafi jednak wskazać najciekawszych. Jak sama mówi – każde wydanie było dla niej wspaniałe i mądre. Jeśli już musi wyróżnić te najpiękniejsze, wspomina wszystkie, w których pisano o św. Janie Pawle II. Wtedy zaraz opowiada o radości i dumie z tego, że polska ziemia zrodziła tak wielkiego Papieża. Zapytałem więc podchwytliwie, czy ma swoje ulubione miejsce w „Niedzieli”, może jakieś konkretne artykuły, tematy. Kolejny raz udało się babci Marysi mnie zaskoczyć: – Dla mnie w „Niedzieli” to wszystko jest ulubione. Nie ma wyjątku, ja wszystko chłonę. Przeczytane musi być wszystko. Cały tydzień na to jest. Tu jest coś dla każdego. I wykształcony i niewykształcony – wszyscy znajdą coś dla siebie. Każdy się nasyci.

Zawsze i wszędzie z „Niedzielą”

Na pytanie, jakie miejsce „Niedziela” zajmuje w jej życiu, odpowiada z radością i bez wahania: Najlepsze! Gdy leżała w szpitalu w Łodzi, to rodzina przywoziła jej tę gazetę. Babcia dopowiada, że musieli! Podkreśla też, że nasz katolicki tygodnik jest wiarygodny, a w środku jest samo dobro. Innych gazet nie kupuje. Opowiadała mi, jak to koleżanki z sali podrzucały jej gazety do czytania, którymi nie była w ogóle zainteresowana. Ona przekazywała im „Niedzielę”.

Jest to piękne świadectwo wierności tygodnikowi katolickiemu! Wszystkie moje podchwytliwe pytania, by zauważyć jakieś uchybienia bądź słabe strony „Niedzieli”, zostają od razu obalone. Próbuję raz jeszcze i pytam, czy nie było w życiu pani Marii żadnego kryzysu, żeby rzucić tę gazetę w kąt, nie kupować jej więcej, nie interesować się nią. – O, nigdy! Na „Niedzielę” nie ma kryzysu! Żeby tylko w kościele jej nie brakło. To mój przyjaciel. Nie mogłabym bez niej żyć. No właśnie, a co wtedy, gdy w kościele zabraknie gazet? – Wtedy jest załamanie. Jak zabrakło, to się po innych parafiach jeździło i była „Niedziela” z Łękawy, Grocholic. A jak już nic się nie dało zrobić, to się zaglądało do starszych wydań i czekało do następnego tygodnia.

Raz w miesiącu babcia odkłada sobie pieniądze tylko na „Niedzielę”, wyliczone na cały miesiąc. Zawsze odkłada więcej, bo – jak mówi – czasem są jakieś dodatki, a wszystkie musi mieć! – To już jest kasa nie do ruszenia! – mówi. Te wszystkie dodatki też składa, ale ma ich dużo mniej niż gazet, bo – jak sama opowiada – rozdaje innym, pożycza. Czasem nawet ksiądz czegoś potrzebuje – oczywiście, bez wahania oddaje.

Ostatni rzut oka na pokój babci Marysi... W tym miejscu czuć Boga i Jego miłość w tej kobiecie. Codzienna modlitwa, Różaniec, Apel Jasnogórski. Duch modlitwy jest tutaj wszędzie. Patrzę na półkę z książkami, które są potwierdzeniem moich słów. Obok Pisma Świętego są m.in. „Opowieść jasnogórska”, „Żywoty świętych Pańskich”, książki o św. Janie Pawle II i wiele, wiele innych. Tak sobie myślę, że Pani Maria wielu z nas zawstydziłaby swoją wiedzą religijną. Można z nią porozmawiać na każdy temat dotyczący Kościoła powszechnego i świętych, Ojca Świętego, religii, Kościoła lokalnego. Mnie właśnie jej wiedza zawstydza. Możemy się od niej uczyć i z niej czerpać.

Tylko brać i czytać

Babcia Maria chciała Wam, drodzy Czytelnicy, przekazać kilka słów: – Czytajcie, Kochani, bo przecież tu jest wszystko! Jest i Ewangelia, i kazanie, jest wszystko, co dobre. Nic tylko brać i czytać.

Na koniec kieruje swe oczy w moją stronę: – Ja chciałam wnukom udowodnić, jakie trudne były czasy, jak to wszystko było. To jest dla wnuków. Później możesz zabrać po babci.

Dziękuję Bogu, dobremu Ojcu, i Maryi – Matce Pięknej Miłości, że mogłem Cię poznać, Babciu!

2017-09-13 11:20

Ocena: +1 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Majowa Promocja w Księgarni "Niedzieli"!

Maj to miesiąc wyjątkowy. I właśnie w tej maryjnej wyjątkowości pragniemy Wam towarzyszyć, także poprzez dostarczanie wartościowej lektury duchowej.

W miesiącu maju w internetowej księgarni "Niedzieli" (ksiegarnia.niedziela.pl) wyjątkowa promocja. Do każdego zamówienia zestaw 4 wyjątkowych modlitewników w prezencie!

W naszej księgarni znajdziecie bogatą ofertę lektury z zakresu wiary, duchowości, także wiele bardzo ciekawych książek związanych z Matką Bożą, której poświęcony jest szczególnie miesiąc maj.

Zapraszamy do odwiedzania naszej księgarni. Jesteśmy dla Was! ksiegarnia.niedziela.pl

CZYTAJ DALEJ

Laurka dla mam dzieci niepełnosprawnych

2020-05-26 13:33

pixabay

Opisana tutaj historia jest laurką na Dzień Matki. Bez kwiatów z bibuły i kolorowych wstążek. Jest laurką dla tych Mam, które w strachu i niemocy trwają przy łóżkach i wózkach swoich dzieci. Zmieniają pieluchy, podają lekarstwa, wstrzykują do rurek zmielony na papkę pokarm. Walczą. Przegrywają. Płaczą. Zaczynają od początku.

Ta historia jest laurką dla Mam od rdzeniowego zapalenia mięśni, mukowiscydozy, stwardnienia rozsianego, chłoniaka, białaczki i wielu, wielu innych chorób, które usłyszane po raz pierwszy – zawsze wywołują szok. Ta historia jest dla Was.

Fundament z Różańca

Wszystko zaczęło się w marcu 1914 r. w Rzymie. W promieniach zachodzącego słońca Maria Ravaglioli zobaczyła Michela Meo. To był początek historii ich niezwykłej miłości. Cztery lata później w Bazylice św. Jana na Lateranie wzięli ślub, a opiekę nad rodziną powierzyli Matce Bożej Pompejańskiej. W podróż poślubną wybrali się do Neapolu, mieli pragnienie odwiedzić sanktuarium w Pompejach. To tam Maria usłyszała słowa, do których wracała później wiele razy, gdy miłość domagała się od niej coraz większych ofiar. Spowiednik powiedział Marii: „Ci, którzy od pierwszego dnia małżeństwa odmawiają Różaniec, otworzyli drzwi swojego domu Matce Bożej. Ona weszła, a ich rodzina będzie błogosławiona”.

Giovanni

Oczekiwanie na pierwsze dziecko nie było łatwe. Michele bardzo chciał mieć dzieci, Maria nie była pewna. Gdy dowiedziała się o ciąży, płakała, czuła lęk i brak gotowości do macierzyństwa. Jednak gdy 29 listopada 1919 r. urodził się Giovanni, dom i serce Marii wypełniła niewypowiedziana radość. Zapragnęła teraz być matką kochającą, przynoszącą szczęście, czułą i dobrą. Przez wiele godzin siedziała przy chłopcu, patrząc, jak śpi w czerwonej kołysce.

Jednak Bóg miał inny plan. Niespełna dwuletni Giovanni nagle zachorował. Leczenie nie dało żadnych efektów i 23 lipca 1921 r. zmarł. Maria z trudem wspominała tamten poranek, gdy klęczała w pokoju przez obrazem Matki Bożej Pompejańskiej z uczuciem niewyobrażalnego jarzma, którego nie mogła udźwignąć. Nie była w stanie zrozumieć, jak to możliwe, że w ogóle świeci słońce, że ludzie nadal zajmują się tyloma sprawami. Nie krzyczała. Zdobyła się na to, aby zamknąć oczy synka. Jej mąż stał przy oknie szarpany przez spazmatyczny płacz.

Margherita

Nadzieja na narodziny kolejnego dziecka pozwalała Marii nie zwariować i mieć odwagę żyć. Ciąża była jak światło, które wypełniało dzień po dniu ich ogarniętą ciemnością śmierci rodzinę. 27 marca 1922 r. urodziła się Margherita. Jej imię było hołdem oddanym św. Małgorzacie Marii Alacoque, w której kanonizacji Maria uczestniczyła. Dziewczynka rosła dobrze i zdrowo. Była bardzo spokojna i ufna. Już jako trzylatka zaczęła chodzić do przedszkola prowadzonego przez siostry zakonne. Wychowawczyni mówiła Marii: „Nigdy nie słyszałam jej głosu. Dziewczynka jest bardzo posłuszna”.

Carmela

Dwa lata po narodzinach Margherity rodzina Meo znów się powiększyła. 4 listopada 1924 r. urodziła się Carmela. Niemal od początku dziewczynka zapadała na różne choroby. Początkowo niegroźne, potem – coraz trudniejsze w leczeniu infekcje, wreszcie 22 grudnia 1926 r., po kilkudniowym odoskrzelowym zapaleniu płuc Carmela zmarła. Przez wiele dni przed śmiercią córki Maria nosiła ją na rękach. Dniem i nocą kołysała ją na zmianę z mężem, aby mogła zasnąć, spokojniej oddychać, mniej kaszleć. Teraz, gdy przyszło najgorsze, nie chciała jej oddać. Trzymała w ramionach dwuletni skarb, który nie należał już do niej. Wreszcie, gdy dziewczynkę ułożono na łóżku, uklękła obok i zamknęła jej oczy. Potem powtarzała, że żadna matka nie powinna nigdy czegoś takiego doświadczyć. „To najsmutniejsze Boże Narodzenie” – wyznała. Jeszcze przez kilka lat nie mogła spać. Gdy zasypiała, widziała Carmelę żywą i cierpiącą. Wtedy wydawało się, że jej cierpienie, jako matki, osiągnęło szczyt. Że nie uniesie więcej. Że więcej nie da się unieść. Że więcej nie może już nadejść.

Czas, który nie uleczył

Mijały lata, a Maria ciągle bała się mieć dzieci. Samo wspomnienie śmierci Giovanniego i Carmeli otwierało w jej sercu głębokie rany, które wywoływały ból tak wielki, jakby wciąż nie były zagojone. Była przekonana, że nigdy już nie będzie matką. Oddała potrzebującym wszystko, co było niezbędne przy wychowywaniu dzieci: kołyskę, ubranka, wanienkę. Jednak kilka miesięcy później okazało się, że jest w ciąży. Potrzebowała czasu, aby pogodzić się z wolą Bożą. Targał nią smutek, strach przenikał serce. Męczyła się z powodu silnych dolegliwości ciążowych. Wspominała, że wiele się wtedy modliła: za dziecko, by było święte, za siebie samą i Michela, by wreszcie przestali się bać. W trzecim miesiącu ciąży zachorowała na krztusiec, a spazm wywołany kaszlem był tak silny, że w czasie ataku spadła z łóżka. Dziecko znalazło się w niebezpieczeństwie. Maria usłyszała od lekarza, że nie będzie mogła donosić ciąży, jednak już wtedy była w niej taka wola walki o dziecko, że zdecydowała się leżeć i mieć nadzieję. W szpitalu jedna z pacjentek, zdziwiona jej postawą, mówiła: „Cierpieć aż tyle, żeby nie usunąć dziecka? W niektórych przypadkach aborcja jest przecież dopuszczalna!”. Maria odpowiedziała wtedy, że obowiązkiem każdej matki jest troszczyć się o życie dziecka bardziej niż o własne. Po latach wyznała, że mówiąc te słowa, bardzo się bała, bo przecież w teorii wszystko możemy zadeklarować, ale prawdziwa ofiara demaskuje ludzką naturę i może się okazać, że ból będzie tak wielki, iż zrobimy wszystko, aby tylko mniej cierpieć. Człowiek, gdy cierpi, jest zdolny do najgorszego. Bez Bożej pomocy doświadczenie bólu budzi w nas demona egoizmu i nie pozwalamy przybić się do krzyża.

Antonietta zwana Nennoliną

Ranek 15 grudnia 1930 r. był pochmurny. Maria poszła do kościoła i przyjęła Komunię św., potem wyprawiła Margheritę do sióstr i przygotowała obiad. Około godz. 14.30 promień słońca przeniknął chmury i właśnie wtedy urodziła się Antonietta. Była piękna. Lekarze zapewnili, że była zdrowa. W dzień Świętych Młodzianków w bazylice Świętego Krzyża przyjęła sakrament chrztu. W ciszy pozwoliła obmyć sobie główkę i z radością spróbowała szczypty soli, którą podano jej do ust. Od początku jej obecność wypełniała dom rodziny Meo w sposób szczególny. Antonietta pięknie się śmiała. Antonietta lubiła robić rączką znak krzyża. Antonietta lubiła ruch, wodę, bajki szeptane do ucha przed snem. Latem, ubrana w kostiumik z niebieskiej wełny i biały beret, wyposażona w łopatkę, wiaderko i taczki, spędzała całe dnie na plaży. Jeździła na trzykołowym rowerku, ściskając mocno czerwoną kierownicę i pedałując co sił w nogach. Wieczorem, kiedy kładła głowę na poduszkę, zostawiała zawsze trochę miejsca i mówiła: „To jest miejsce dla mojego Anioła. Prawda, mamo, że śpi obok mnie?”.

Szczęśliwa zwyczajność

Mijały lata i Maria wreszcie przestała się bać. Patrzyła na dwie córki, które rosły w zdrowiu i radości. Mieszkali w Rzymie. Dom wypełniały salwy śmiechu z powodu dziecięcych psot. Michele pracował w jednym z ministerstw, Maria zajmowała się domem i wychowaniem córek. Angażowała się w życie parafii, uczęszczała na spotkania Akcji Katolickiej. Znalazła wreszcie czas, aby spełnić swoje marzenie i zapisała się na kurs do szkoły kierowników Akcji. Zaangażowała się całkowicie i oddała tej formacji całym sercem. Wtedy jeszcze nawet nie podejrzewała, co stanie na przeszkodzie tej pasji.

Są tacy, którzy potrafią unieść więcej

W lutym 1936 r. Antonietta wróciła ze szkoły z płaczem. Okazało się, że przewróciła się w ogrodzie i uderzyła w kolano. Po dokładnych oględzinach okazało się, że na skórze nie ma żadnych śladów, a staw kolanowy prawidłowo się zgina. Po kilku dniach od zdarzenia dziewczynka wciąż skarżyła się na ból w lewej nodze. „Coś mnie kłuje” – mówiła. Od tamtych dni wydarzenia w rodzinie Meo nagle przyspieszyły. Pierwsze diagnozy nie zapowiadały niczego groźnego, ale każdy wynik kolejnych badań przybliżał Marię i jej bliskich do bolesnej prawdy: osteosarcoma, rak kości. „Trzeba ją jak najszybciej operować, bo będzie za późno” – tłumaczyła pielęgniarka. „Ale o jaką operację chodzi?” – dopytywała Maria. „Ucięcie nogi”. Maria wybiegła z sali. Wybuchnęła wielkim płaczem. Chodziła tam i z powrotem, nie znajdując ukojenia. Ból, który dotknął jej serca, był tak wielki, że nie miała siły wrócić do córki. Bo co miała jej powiedzieć? „Będziesz kaleką, amputujemy ci lewą nogę, już nigdy nie będziesz mogła jeździć na rowerze ani biegać”? Co miała powiedzieć ta, która przed laty zamykała zimne śmiertelnym chłodem powieki dwojga swoich dzieci?

Trudna wola Boża

To nie była równa walka. 25 kwietnia 1936 r. Antonietta straciła lewą nogę, ale amputacja nie zatrzymała choroby. Rok później nowotwór znów się obudził i zaatakował płuca, a potem głowę. Nie pomogła resekcja żeber, odsysanie ropnej wydzieliny z płuc. Antonietta umierała, dusząc się i niewyobrażalnie cierpiąc. Maria, której wydawało się, że więcej już nie zniesie, siedziała przy jej łóżku od świtu do nocy, wychodząc tylko po to, by nie płakać w obecności córki. Błagała Boga, aby pozwolił jej cierpieć ból, którego doświadczała Antonietta. „Dopiero wtedy zrozumiałam – mówiła po latach – jak bardzo musiała cierpieć Matka Boża”. 3 lipca 1937 r., szepcząc: „Boże, mamo, tato” – Antonietta zmarła. Maria Meo po raz trzeci położyła ręce na powiekach swojego dziecka i oddała je Temu, który uczynił ją matką.

Jestem na Kalwarii

Antonietta żyła niespełna siedem lat. W czasie śmiertelnej choroby odsłoniła przed swoimi bliskimi i wieloma osobami, które były świadkami jej cierpienia, łaskę niezwykłej wiary w Jezusa Chrystusa. Mimo swego wieku nie pytała: „Dlaczego, czemu ja?”. Trwała, ofiarując swój ból Temu, który cierpiał bardziej. W ostatnich tygodniach życia nie chciała, aby modlić się o jej wyzdrowienie. Chciała „zostać na Kalwarii” z Tym, którego kochała. Ostatni list do Jezusa (a podyktowała ich w sumie 162), brzmi tak:

Kochany Jezu Ukrzyżowany,

(...) dziękuję Ci, że mi zesłałeś tę chorobę, ponieważ jest środkiem dotarcia do raju. (...) Kochany Jezu, daj mi siłę, aby znieść bóle, które Ci ofiaruję za grzeszników. Kochany Jezu, powiedz Duchowi Świętemu, żeby mnie oświecił miłością i napełnił swoimi siedmioma darami. Kochany Jezu, powiedz Mamusi, że bardzo Ją kocham i chcę pozostawać z Nią na Kalwarii, ponieważ chcę być Twoją ofiarą miłości, kochany Jezu.

Kochany Jezu, polecam Ci mojego ojca duchowego i daj mu wszystkie potrzebne łaski. Kochany Jezu, polecam Ci moich rodziców i Margheritę. Kochany Jezu, wysyłam Ci moc pozdrowień i ucałowania – Antonietta od Jezusa.

Fundament z Różańca, dach w Niebie

105 listów sześcioletniej dziewczynki stało się przedmiotem badań teologów. Wydano je w postaci książek, a w 1981 r. watykańska Kongregacja Spraw Kanonizacyjnych ogłosiła dekret o heroiczności cnót Antonietty. 3 maja 1999 r. doczesne szczątki Nennoliny wróciły do bazyliki Santa Croce. Jest służebnicą Bożą, pierwszą wśród dzieci, która nie zmarła śmiercią męczeńską. „Ci, którzy od pierwszego dnia małżeństwa odmawiają Różaniec, otworzyli drzwi swojego domu Matce Bożej. Ona weszła, a ich rodzina będzie błogosławiona” – mówił kapłan do Marii Meo na początku jej małżeństwa. Posłuchała go.


Korzystałam z książki: Maria Meo, „Nennolina, sześcioletnia mistyczka. Świadectwo matki”.

CZYTAJ DALEJ

Kard. Nycz: Kard. Wyszyński zasługuje na wielką, a nie kameralną beatyfikację

2020-05-27 13:26

[ TEMATY ]

kard. Kaziemierz Nycz

beatyfikacja

kard. Kazimierz Nycz

www.prymaswyszyński.pl

kard. Stefan Wyszyński

- Rozważaliśmy wariant przewidujący zorganizowanie bardzo kameralnej beatyfikacji, z udziałem kilkudziesięciu osób, na przykład w katedrze. Nie zdecydowaliśmy się na to uznając, że trzeba umożliwić udział w tym wydarzeniu wszystkim chętnym z Polski i ze świata - przyznaje w rozmowie z KAI kard. Kazimierz Nycz. Wyjaśnia, że będzie to dodatkowy czas na poznawanie spuścizny Prymasa, który doskonale wykorzystał okres swego odosobnienia. Z okazji przypadającej jutro 39. rocznicy śmierci Prymasa Tysiąclecia, przypominamy fragmenty rozmowy z kard. Nyczem, przeprowadzonej przed kilkoma tygodniami.

Tomasz Królak (KAI): Niedziela, 7 czerwca, nie będzie wyglądała tak, jak sobie wyobrażaliśmy...

Kard. Kazimierz Nycz: To prawda. Beatyfikacja Prymasa Polski na Placu Piłsudskiego miała być wielkim dziękczynieniem za życie i dzieło Stefana Wyszyńskiego. Przygotowania, jakie podjęliśmy pół roku temu szły pełną parą. Pandemia pokrzyżowała plany. Stanęliśmy przed bardzo trudną decyzją. Staraliśmy się czekać jak najdłużej, z nadzieją, że duża uroczystość, godna Wyszyńskiego będzie możliwa, ale nie można było dłużej czekać. Światło w tunelu było bardzo słabo widoczne, stąd - po zaakceptowaniu tej decyzji przez Stolicę Apostolską - ogłosiłem bezterminowe zawieszenie tego wydarzenia. A kiedy będzie ono możliwe do zorganizowania, tego po prostu dziś nie wiemy.

Przyznam, że rozważaliśmy wariant przewidujący zorganizowanie bardzo kameralnej beatyfikacji, z udziałem kilkudziesięciu osób, na przykład w katedrze. Nie zdecydowaliśmy się na to uznając, że trzeba umożliwić udział w tym wydarzeniu wszystkim chętnym z Polski i ze świata bo, po prostu, "zasługuje" na to sam Błogosławiony. Beatyfikacja odbędzie się zgodnie z pierwotnym zamysłem, a więc na Placu Piłsudskiego.

KAI: Wydarzenie zostało zawieszone, ale duchowe przygotowania mogą iść swoim torem. Jak dobrze wykorzystać ten dodatkowy, nieoczekiwany i nie wiadomo jak długi czas?

- Wierzymy, że Bóg kieruje wszystkim a zatem i w to, że rzeczywiście jest to dodatkowy, dany nam, czas. Chciałbym, żeby to przygotowanie, przez poznawanie postaci Wyszyńskiego, jego życia i dzieła trwało nadal. Żeby nie ustawały w tym także media, którym dziękuję za dotychczasową pracę, i żeby trwały modlitwy o godną beatyfikację. Zawieszamy jedynie techniczne przygotowania do tego wydarzenia. Współpraca państwa, miasta i Kościoła, w tym kościelnego Komitetu, była wzorowa i mam nadzieję, że taką pozostanie. Kiedy tylko będzie to możliwe, wszystkie działania zostaną wznowione. W tej nowej sytuacji uroczystość beatyfikacyjna będzie także dziękczynieniem za ustanie pandemii.

KAI: Proces poznawania Wyszyńskiego wydłuży się także w przypadku Księdza Kardynała. Co nowego Ksiądz w nim odkrywa?

- Im głębiej wchodzi się w zagadnienia, którymi żył Prymas Wyszyński, a także w jego biografię, w to co mówił i pisał i w to, co stanowi istotę świętości czyli heroiczność cnót - tym częściej odkrywam jakieś nowe pola. Pokazują nam one, że Prymas nie miał łatwego życia, często miał "pod górkę", i to zarówno przed uwięzieniem, w trakcie jak i w późniejszych latach. Przecież właściwie całe życie prowadził Kościół w realiach komunistycznych. Umiejętność poruszania się po tej glebie była prawdziwą sztuką, w której wiele razy wykazywał się niezwykłą roztropnością.

Był otwarty na dialog, na rozmowę. Niektórzy mieli mu to nawet za złe, uważając, że jest aż za bardzo otwarty. Nie da się tego oceniać z perspektywy dzisiejszej wiedzy. Myślę, że trzeba to konfrontować i poznawać w perspektywie tamtych czasów, i z taką znajomością spraw, jaką on wówczas dysponował. Ponadto, jego wiedzy nie mieli często jego współpracownicy, nawet biskupi. Nie wszystkim bowiem mógł się do końca podzielić. Wiele jego decyzji było decyzjami z jednej strony odważnymi, a z drugiej bardzo dla niego trudnymi.

Według mnie do odkrywania pozostają jego wielkie, chciałoby się powiedzieć: strategiczne zamiary duszpasterskie, zrodzone w jego sercu i umyśle podczas uwięzienia. On tego czasu nie zmarnował, w żadnym stopniu. Tam się narodziła idea Wielkiej Nowenny, którą rozpoczął niedługo po wyjściu z internowania, w 1957 r.; tam powstał pomysł przygotowania i przeżycia Millenium; tam się narodziła idea Ślubów Jasnogórskich podjętych na 300-lecie ślubów Jana Kazimierza. Później były one wykorzystywane przez cały czas jego prymasostwa i pozostają, w zmodyfikowanej formie, używane do dzisiaj. A więc tam, w warunkach uwięzienia, narodziły się wielkie pomysły duszpasterskie. Prymas nie działał w perspektywie półrocznej czy na rok do przodu. To były programy obejmujące perspektywę lat kilkunastu.

KAI: To może i ten obecny czas, jaki przezywa Kościół w Polsce, czas fizycznego "odizolowania" duchownych, w tym biskupów, od wiernych, powinien zaowocować jakimś programem? Bo może ten czas umożliwia zobaczenie czegoś, czego na co dzień Kościół nie dostrzegał lub z czego nie zdawał sobie sprawy?

- Cóż, ta analogia jest bardzo nośna. Zresztą, ten dodatkowy czas zyskały też rodziny, społeczności lokalne, itd. ale też, owszem Kościół czy parafie. Uwięziony Prymas opracował pomysły wielkie i wspaniałe. Myślę, że Kościół w Polsce też staje dziś przed takim wyzwaniem. Już bowiem widzimy - i to nie tylko w Kościele - że wiele dziedzin życia ludzkiego w świecie, nie tylko polityka czy gospodarka, ale takich zwykłych, ludzkich, po ustaniu pandemii będzie wyglądało inaczej. Słyszę na przykład, że w ciągu tych dwóch miesięcy ludzie robią habilitacje, zdalnie, siedząc w swoich domach, realizują też inne przewody naukowe i szereg innych prac online. Jestem przekonany, że to się "przesunie" na czas po pandemii, to znaczy zadziała w nowy sposób w naszym życiu.

Sądzę, że to zjawisko odnosi się także do Kościoła. Media umożliwiły ludziom wspólną modlitwę i zaoferowały "wirtualne" kontakt z sacrum. To, co media mogą robią w tym czasie dla życia duchowego, dla głoszenia słowa Bożego, może być nowym sposobem obecności Kościoła w mediach i nowym sposobem komunikowania się. Ważne przy tym, żeby dotyczył on wszystkich wymiarów misji Kościoła. Chodzi więc o głoszenie Słowa, o przeżywanie liturgii (przy czym tu potrzebna jest daleko posunięta ostrożność, żeby się to nie "spodobało" jako wystarczająca forma uczestnictwa w Mszy św.) oraz o szeroko rozumianą posługę miłości. Mam na myśli pracę charytatywną Kościoła, która w tej chwili bardzo intensywnie się sprawdza, weryfikując na ile jesteśmy zdolni żyć konkretną, prawdziwą, codzienną miłością bliźniego; na ile są w naszych parafiach wydolne i wydajne zespoły charytatywne, wokół których pracują wolontariusze. Teraz bowiem trzeba po prostu iść do samotnych, chorych, potrzebujących i dowiedzieć się, jakiego wsparcia najbardziej oczekują.

Na terenie Warszawy działa duża grupa katolików świeckich, którzy w ramach tzw. Wspólnot Pomocy wspierają poszczególne parafie dostarczając im know-how na rzecz sprawnego systemu obejmującego najbardziej potrzebujących. To nie są proste rzeczy i wymagają konkretnej wiedzy. Choćby dlatego, że ludzie potrzebujący pomocy często przeżywają różne obawy, na przykład o to, czy pod pozorem wsparcia nie zostaną okradzeni. W naszej diecezji już kilkanaście parafii włączonych jest w taki system pomocy, zaś inicjatorzy starają się uruchomić podobne rozwiązania w kolejnych diecezjach, sam je tam rekomendowałem.

KAI: Odosobnienie stawia w nowej sytuacji i duchownych i świeckich...

- Przed wszystkimi stanęły nowe wyzwania. Oby to odosobnienie trwało jak najkrócej. Ludzie przeżywają różnego rodzaju obawy, więc Kościół, jeszcze bardziej niż dotąd musi być oparciem w ich egzystencjalnych pytaniach i problemach. U podstaw tych wszystkich niepokojów, co sygnalizują dziś psychiatrzy i psychologowie, leży lęk przed śmiercią. My go czasem tłumimy czy spychamy na dalszy plan, a w takich właśnie momentach kryzysu, ten lęk daje o sobie znać.

KAI: Okazuje się, że jednak umrzemy?

- Niby to wiemy, powtarzamy: wierzę w zmartwychwstanie i w życie wieczne, ale kiedy śmierć zajrzy w oczy lub się jakoś "przybliży", i to nie tylko do ludzi starych ale i młodych przecież, to reagujemy lękiem czy wręcz strachem.

KAI: W kościołach były tłumy - dziś garstka. Może dojdzie do przestawienia optyk: wierni zatęsknią za sakramentami, a księża uświadomią sobie, że mają przed sobą nie tłum ale zbiór jednostek?

- Tak, i to że każdy człowiek się liczy. Myślę, że ważne jest by wzajemnie traktować się w Kościele personalistycznie w znaczeniu: nie anonimowo. Chciałbym, żeby to pozostało jako jeden z owoców obecnego stanu odosobnienia.

Ja też mocno przeżywam obecną sytuację. Kiedy odprawiam Mszę św. mając przed sobą kilka osób, to cisną mi się na usta słowa: dziękuję, że tu jesteście. I to nie tylko za to, że jesteście jako reprezentanci całej wspólnoty, która normalnie na tej Mszy św. bywała, ale że jesteście wy - jako wy.

I chciałbym aby już z nami - biskupami i świeckimi - pozostało takie właśnie, wzajemne traktowanie: bardziej życzliwe, przyjazne, otwarte. Sądzę, że wszyscy taką potrzebę sobie uświadomiliśmy. Zdaliśmy sobie sprawę z tego, że trzeba się cieszyć z tego, że są ludzie w kościele, że możemy spotkać się z nimi także po Mszy św., wychodząc przed kościół żeby porozmawiać. Gdyby takie postawy utrwaliły bardziej w naszym życiu, to byłoby coś bardzo pięknego.

Rozmawiał Tomasz Królak

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

Wspierają nas

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję