Reklama

Sport

Anioły chodzą po ulicach

Wszystko trwało zaledwie kilka sekund. Zderzenie, ból i krzyk. Od tego momentu radykalnie zmieniło się życie niespełna 21-letniego piłkarza
Z Janem Stolarskim o dramatycznych chwilach na piłkarskim boisku, walce o powrót do zdrowia i wierze w Boga rozmawia Krzysztof Tadej, dziennikarz TVP

Niedziela Ogólnopolska 21/2019, str. 42-44

[ TEMATY ]

rozmowa

Krzysztof Tadej

Jan Stolarski – piłkarz, trener i założyciel klubu Rozwój Warszawa

KRZYSZTOF TADEJ: – Dramat rozpoczął się cztery lata temu – 28 lutego 2015 r., w sobotę po południu.

JAN STOLARSKI: – Byłem na testach w drużynie KS Łomianki. Szukałem drużyny, w której mógłbym grać, rozwijać się. Rozgrywaliśmy sparing z warszawskim zespołem z Ursynowa. Byłem środkowym pomocnikiem. Nieźle dla mnie układał się ten mecz. W 30. minucie minąłem dwóch zawodników i zbyt mocno wypuściłem piłkę. Chciałem wślizgiem ją zatrzymać, bo zbliżała się do bocznej linii boiska. Nie zauważyłem, że obrońca przeciwników również zrobił wślizg. Doszło do zderzenia.

– Sytuacja, jakich wiele na piłkarskim boisku.

– Niestety, nie w tym przypadku. Zawodnik kolanem trafił mnie w piszczel. Krzyknąłem, poczułem ogromny ból. Od razu spuchła mi noga. Po chwili próbowałem wstać, ale nie mogłem. Nikt mi nie pomógł. Nie było opieki medycznej. Pomyślałem, że muszę dojść do szatni, żeby tam się położyć. Ani trener, ani kierownik drużyny nie wezwali karetki. Machnęli ręką. Potem nikt się mną nie interesował. Z największym trudem dotarłem do szatni, a sparing trwał.

– A później? Po meczu?

– Trener spytał, czy będę z nimi grał w kolejnych meczach. „Nie wiem, czy dam radę, bo nie wiem, jak poważny jest uraz” – odpowiedziałem. Mówiłem, że bardzo boli mnie noga i nie jestem w stanie pójść na autobus, żeby pojechać do domu. Kierownik drużyny podwiózł mnie pod mój blok. Z największym trudem dotarłem na trzecie piętro. Położyłem się, ale w nocy ból był nie do wytrzymania. Z mamą i bratem pojechaliśmy na ostry dyżur do szpitala.

– I zaczął się kolejny horror...

– Lekarz dyżurujący chciał mi od razu wstawić nogę w gips, bez prześwietlenia. Nie zgodziłem się. Dali mi środek przeciwbólowy i odesłali do domu.

– A gdybyś się zgodził, to...

– Już bym nie miał nogi. Tak mówili później lekarze. Po powrocie do domu czułem się fatalnie. Mdlałem. Postanowiliśmy pojechać na dyżur lekarzy sportowych do prywatnej kliniki. Jak dojechaliśmy, to lekarz niemal złapał się za głowę. Powiedział, że mam krwiaka, ciśnienie krwi w nodze jest krytyczne, robi się zakrzep i natychmiast trzeba mnie operować. Ale dodał, że musimy zapłacić. Doszliśmy do kasy i okazało się, że trzeba wpłacić aż 13 tys. zł. Nie mieliśmy pieniędzy.

– Ktoś pojechał do domu po oszczędności?

– W domu ani na kontach także nie mieliśmy takiej sumy. Pochodzę z niezamożnej rodziny. Z mamą i bratem Karolem mieszkaliśmy w malutkiej, 19-metrowej kawalerce na warszawskiej Woli. W najstarszym, przedwojennym bloku. Było tak ciasno, że wannę mieliśmy w kuchni, a jak rozłożyliśmy wieczorem łóżko i fotele, to praktycznie nie było wolnego miejsca. Mieszkaliśmy bez taty. Nigdy go nie poznałem. Po prostu opuścił mamę, gdy się dowiedział, że jest w ciąży. Nieraz w dzieciństwie było ciężko. Jak dorośliśmy z bratem, to zaczęliśmy dorabiać. W swoim życiu byłem już kucharzem, kelnerem, układałem chodniki na budowie, roznosiłem ulotki. Nie miałem oszczędności, żeby zapłacić za operację.

– Co się stało później?

– Postanowiliśmy wrócić do państwowego szpitala. Poprosiliśmy lekarza prywatnej kliniki, żeby wypisał skierowanie. Na czerwono podkreślił konieczność natychmiastowej operacji. Gdy stamtąd wyjeżdżaliśmy, to pomyślałem sobie, jak straszny jest dzisiejszy świat. Kto nie ma pieniędzy, to w prywatnej przychodni czy szpitalu nie uzyska pomocy. Po prostu zostawią cię z problemem. Możesz stracić nogę, umrzeć, bo liczą się tylko pieniądze.

– Dojechaliście do szpitala i...

– Na dyżurze był inny lekarz. Zrobił kolejne badania. Powiedział, że to skandal, iż jego kolega wypuścił mnie w takim stanie. Zarządził natychmiastową operację. Minuty decydowały o tym, czy uratuje mi nogę, czy będzie musiał ją amputować. Wszystko działo się w błyskawicznym tempie. Na sali operacyjnej nie było czasu na podanie leków przeciwbólowych. Dostałem wacik w usta, żebym nie odgryzł sobie języka. Nacięto mi nogę. Krwiak wypłynął. Poczułem ulgę.

– Po powrocie na salę... umierałeś.

– Podczas operacji przecięto mi naczynia krwionośne. Kiedy przywieziono mnie na salę, krew lała się na podłogę. Sytuacja była krytyczna. Traciłem przytomność. Ludzie po operacjach, którzy leżeli obok, krzyczeli, żeby natychmiast przyszli lekarz i pielęgniarki. Ale oni zniknęli. Po prostu gdzieś sobie poszli.

– Horror.

– Tak poznałem warunki panujące w polskim szpitalu. Kiedy wreszcie pojawił się lekarz, od razu zdecydował, że zabiera mnie na kolejną operację. Tym razem zszyli mi naczynia krwionośne. Kiedy to się zakończyło, wróciłem na salę i zacząłem odzyskiwać siły. Wróciło mi życie, ale wkrótce przeżyłem kolejne trudne chwile.

– To znaczy?

– Zapytałem lekarza, kiedy będę mógł wrócić na boisko. Spojrzał na mnie zdziwiony i powiedział, że w piłkę to będę mógł co najwyżej pograć sobie na komputerze. Byłem zdruzgotany. Przecież całe życie marzyłem o graniu...

– Co Ci wtedy pomogło?

– Mocny charakter i wiara w Boga. Powiedziałem sobie, że wrócę na boisko bez względu na to, w której będę grał lidze. Na sali modliłem się po swojemu. Prosiłem Boga o pomoc. Gdyby nie wiara, tobym nic nie osiągnął. Nie miałbym odwagi wstać i walczyć dalej.

– Kiedyś powiedziałeś: „Bóg miał dla mnie plan”.

– Postanowiłem, że jak wyzdrowieję, to będę pomagał innym. Wiedziałem, że wielu chłopaków chce grać w piłkę, ale nie może się przebić do żadnego klubu. Tak jak w moim przypadku – nie mieli pomocy trenerskiej ani menadżerskiej. Potrzebowali kogoś, kto by ich zachęcił, wskazał im drogę, doprowadził do sukcesu. Poczułem, że Bóg chce, bym pomagał chłopakom, którzy w życiu popełnili jakieś błędy, chcą wyjść na prostą i grać w piłkę.

– Ale wcześniej sam musiałeś powrócić do zdrowia.

– Spotkałem ludzi, którzy mi pomogli. Okazuje się, że anioły, dobrzy ludzie, chodzą po ulicach. Można ich spotkać w codziennym życiu. Dla mnie taką osobą okazał się Jacek Magiera – były piłkarz i trener Legii Warszawa, obecnie trener piłkarskiej reprezentacji Polski do lat 20. Poznał go przez przypadek mój brat Karol, który też jest piłkarzem. Wiedział z gazet, kim jest, i po prostu podszedł do niego w tramwaju. Zapytał, czy może przyjść na testy do Legii. Wymienili się telefonami. To wydarzyło się przed moją kontuzją. Po wyjściu ze szpitala zadzwoniliśmy do Jacka i to właśnie on mi pomógł. Bezinteresownie! Dzięki niemu mogłem rozpocząć rehabilitację w Legii Warszawa, a potem treningi.

– Ale również tam przeżyłeś moment załamania...

– Któregoś dnia po rehabilitacji w szatni zobaczyłem zawodników w moim wieku. Byli uśmiechnięci, pełni sił, mieli kontakty. Pomyślałem o swoim życiu. Kontuzja, groźba amputacji nogi, powolne dochodzenie do sprawności... Przyszło mi do głowy, że tak naprawdę, jeśli wrócę na boisko, to będę mógł grać najwyżej w okręgówce. Rozpłakałem się. Zobaczył to Jacek Magiera. Zapytał, dlaczego płaczę. A potem powiedział, że w swojej karierze widział może 3-4 płaczących piłkarzy. „I wiesz co się później stało?” – spytał. Okazało się, że wszyscy zagrali w reprezentacji Polski. Odpowiednio mnie zmotywował i znowu zacząłem walczyć.

– W jednym z wywiadów przypomniałeś również powiedzenie: „Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie”.

– Przed kontuzją miałem dużo kolegów i znajomych. O niektórych myślałem, że są przyjaciółmi. Jak doznałem kontuzji, to nikt się nie odzywał. Pustka. Od czasu do czasu ktoś o coś zapytał na Facebooku. Ale pojawili się ludzie, o których mogę dzisiaj powiedzieć, że są prawdziwymi przyjaciółmi. Oni mi pomagali. Tak samo jak moja rodzina. Dlatego przetrwałem najcięższe chwile.

– Po rehabilitacji dochodziłeś do pełnej sprawności. I zacząłeś pomagać innym...

– Wróciłem na boisko. Zacząłem grać w drużynie OKS Start Otwock w III lidze. Był to dla mnie wielki sukces, bo przecież przed kontuzją grałem w lidze okręgowej. Jednocześnie marzyłem o założeniu klubu piłkarskiego. Przekonałem do tego kilku kolegów. Na Facebooku zaprosiliśmy zainteresowanych na pierwszy trening. Przyszło ponad 50 osób! Pomysł okazał się strzałem w dziesiątkę. Tak powstał klub Rozwój Warszawa. Zgłosiliśmy się do rozgrywek i zaczęliśmy grać w ostatniej lidze.

– Mieliście sprzęt, sponsorów, boisko?

– Nie, kompletnie nic. Tylko marzenia i zapał do gry. Do dzisiaj nie mamy swojego boiska i wynajmujemy je, gdy mamy grać „u siebie”. Startowaliśmy bez zaplecza, sponsorów. Treningi odbywały się na łąkach, na orlikach, gdzie nie było wymiarowych bramek, i na zapomnianych boiskach. Obok jednego z nich była stajnia. Właściciel pozwolił nam się tam przebierać. Ponieważ na boisku nie było żadnego oświetlenia, jeden z kolegów przywiózł z budowy lampy ledowe. Przejeżdżający na rowerach ludzie zatrzymywali się i nie dowierzali, że drużyna, która występuje w rozgrywkach, może trenować w takich warunkach. Ale szło nam nieźle. Po pierwszym sezonie awansowaliśmy do wyższej ligi.

– A jak jest obecnie?

– Gramy w klasie A. Zajmujemy jedno z czołowych miejsc. Marzymy, żeby awansować do wyższej klasy. Chcielibyśmy, żeby ktoś nam pomógł w rozwoju klubu. To jest bardzo trudne, ale moje doświadczenie pokazało, że nigdy nie można się poddawać. Lekarze twierdzili, że już nigdy nie wybiegnę na boisko, a stało się inaczej. Wielu ludzi pukało się w czoło, gdy zakładałem klub piłkarski, a teraz nieźle sobie radzimy. O sukcesie decydują pasja, marzenia, determinacja i chęć osiągnięcia sukcesu.

– Czego jeszcze nauczyło Cię to doświadczenie?

– Inaczej patrzę na świat i ludzi. Bardziej doceniam drugiego człowieka. Wiem, że często sukcesy rodzą się w bólach. Trzeba pokonywać trudności i się nie załamywać. I nieraz cierpieć, żeby osiągnąć coś wartościowego. Często powtarzam maksymę: „Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą”. A także słowa słynnego piłkarza – Pelégo: „Sukces to nie przypadek. To ciężka praca, wytrwałość, nauka, analiza, poświęcenie, a przede wszystkim miłość do tego, co robisz”. Po tym, co mnie spotkało, wiem, że życie w ciągu kilku chwil może się radykalnie zmienić. Ale wtedy trzeba walczyć i nigdy się nie poddawać.

2019-05-21 13:10

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Poseł Uściński: Nie popełniajmy błędów Platformy Obywatelskiej

2020-06-04 07:12

[ TEMATY ]

wywiad

rozmowa

Artur Stelamsiak

Konserwatyści chcą ratować Prawo i Sprawiedliwość przed tym, by nie popełniała błędów zachodniej chadecji. Polską racją stanu jest pielęgnowanie wartości - mówi poseł PiS Piotr Uściński, przewodniczący Parlamentarnego Zespołu na rzecz Życia i Rodziny.

Artur Stelmasiak: - Jaka jest pozycja konserwatystów w PiS? Chodzi mi o takie osoby, dla których np. kwestie ochrony życia są ważne?

Piotr Uściński, poseł PiS: - Zdecydowana większość polityków Prawa i Sprawiedliwość jest konserwatystami. Choć jesteśmy wielonurtową partią, to jednak co do zasadniczych wartości prawie wszyscy się zgadzamy. Przecież nikt z PiS nie odważył się zagłosować za odrzuceniem projektu Zatrzymaj Aborcję.

- Pan zawsze głosuje także za życiem, ale inni czasami miewają z tym problemy.

- Mamy bowiem różną wrażliwość. Ale nawet te najtrudniejsze głosowania świadczą o tym, że w PiS jest ok. 50 posłów, na których można zawsze liczyć.

- A jak głosowaliście za natychmiastowym procedowaniem projektu Zatrzymaj Aborcję?

- Choć nie był to nasz wniosek to obok 11 posłów Konfederacji poprało go 52 posłów z klubu PiS. Większość naszego klubu wybrało pracę nad ustawą w komisji, co nie świadczy przecież o postawie przeciwnej życiu. Przeciwnie, jest wiele głosów mówiących, że prace w komisji będą zdecydowanie szybsze niż w zeszłej kadencji. Ale pod wnioskiem do Trybunału Konstytucyjnego ws. aborcji eugenicznej, który złożyłem w grudniu wraz z posłem Bartłomiejem Wróblewskim podpisało się ponad 100 posłów z PiS. Osób, które chcą bronić życia i konserwatywnych wartości jest wystarczająco wielu, by nasze postulaty były zauważane w partii.

- Pytam o to, bo docierają do mnie takie głosy, że konserwatyści i osoby o poglądach pro-life nie mogą w partii zrobić kariery. Czy jesteście tłamszeni i spychani na margines w PiS?

- Konserwatywne postulaty są w partii dostrzegane, choć niestety nie wszystkie realizujemy. To odkładanie w czasie nie może trwać w nieskończoność i uważam, że teraz jest czas, by powrócić do tych wartości i spraw, które są ważne dla naszego elektoratu.

- Ostatnio mówi się wiele o wypowiedzeniu Konwencji Stambulskiej. Czy to jest jeden z waszych postulatów?

- Prezes Prawa i Sprawiedliwości wielokrotnie mówił, że dopóki PiS rządzi to gender nie będzie wprowadzone w Polsce. Obecnie może Konwencja Stambulska nie wyrządza zbyt wielu szkód, ale w przyszłości może być inaczej. Kiedyś, gdy PO-PSL ratyfikowały konwencję, powiedziałem, że ten dokument ma jeden dobry zapis.

- Jaki?

- Jest tam punkt mówiący o tym, że Konwencję Stambulską można wypowiedzieć. Uważam, że ta niebezpieczna konwencja powinna być zastąpiona jakimś innym pozytywnym dokumentem międzynarodowym jak np. Konwencja o Prawach Rodziny. Taki sygnał z Polski mógłby pomóc także innym państwom wycofać się z Konwencji Stambulskiej.

- Sprawa Konwencji Stambulskiej jest bardzo ważna dla konserwatywnego elektoratu. Gdy była procedowana nawet politycy PO mieli wobec niej wiele zastrzeżeń. A jakie ma plany PiS wobec ochrony życia? Prezes PiS mówił przecież, że jest przeciwnikiem aborcji eugenicznej. Projekt leży już drugą kadencje w Sejmie i nic.

- Cały czas czekamy na orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego w tej sprawie.

- .... Bardzo długo czekamy, bo już drugą kadencję. Pan był w grupie, która domagała się od Prezes TK zajęcia się tą sprawą. Niestety też nieskutecznie.

- Dlatego tuż po wyborach złożyliśmy nowy wniosek i czekamy. Jeżeli sprawa w Trybunale Konstytucyjnym znów będzie się przedłużać, to należy to zrobić ustawą sejmową i zająć się procedowaniem Zatrzymaj Aborcje.

- Wiem, że Pan Poseł nie jest odosobniony w swoich poglądach, bo wiem, że w PiS jest wielu polityków, dla których takie sprawy są ważne. Czy konserwatyści w PiS chcą się jakoś upodmiotowić? W jaki sposób chcecie przywrócić konserwatywną agendę w partii?

- Prawdą jest, że konserwatystów w PiS jest bardzo dużo. I teraz jest czas byśmy zaczęli upominać sie o wartości, z którymi szliśmy do wyborów... Ja mam przecież dzieci, które kiedyś zapytają mnie: Tato przez dwie kadencje byłeś w Sejmie i nie udało ci się zrealizować wszystkiego tego, na czym tak bardzo ci zależy? Co ty w tym sejmie przez 8 lat robiłeś?

- Takie najprostsze pytania są najtrudniejsze. To jak tata/poseł Uściński zamierza działać?

- I dlatego chciałbym uczynić wszystko, by móc kiedyś na takie pytania odpowiadać swoimi dziećmi nie tylko o moim zaangażowaniu w naprawę finansów publicznych czy wspieranie gospodarki, co oczywiście jest bardzo ważne, ale nie najważniejsze. Chcę dzieci wychować w katolickich wartościach i powinienem pokazać im, że o te wartości potrafię skutecznie walczyć. Jestem też to winien moim wyborcom, Polakom, którzy tego ode mnie oczekują. Razem z kolegami i koleżankami musimy zadbać o to, by konserwatyzm w PiS był bardziej obecny i wyrazisty. Dostrzegam zagrożenie politycznej nie jakości i braku wyrazistości, a to odpycha ludzi o konserwatywnych poglądach.

- Rozumiem, że jesteście zniecierpliwieni. Czy w jakiś sposób zaczniecie skuteczniej działać?

- Rzeczywiście cierpliwość się kończy i chcemy działać, by postulaty konserwatywne były wreszcie realizowane. Oczywiście zostały zrealizowane programy jak 500+, dzięki któremu rodzi się więcej dzieci. Pewnie jakaś cześć z nich, gdyby nie 500+, zginęłaby w podziemiu aborcyjnym. A więc ten program też jest prolife. Jest jeszcze dobra ustawa „za życiem”. Nie jest tak, że nic rząd PiS nie zrobił, ale to ciągle zbyt mało. Są też inne postulaty, problemy jakich rozwiązania oczekują wyborcy konserwatywni. Naprawdę jest jeszcze dużo do zrobienia, i te tematy muszą znaleźć się w pracach rządu i parlamentu.

- Te postulaty są podnoszone prawie tylko dzięki mediom katolickim i konserwatywnym. Media publiczne i prorządowe nie zajmują się praktycznie tym tematem. Tam też nie widać tych posłów, którzy chcą bronić życia nienarodzonych. Z czego to wynika?

- Bardzo byśmy chcieli, by ten konserwatywny dyskurs ws. ochrony życia się w końcu pojawił. Temat jest ważny dla milionów Polaków i powinien pojawiać się w debacie publicznej, w filmach, serialach i różnych programach. Aby ten przekaz był skuteczny powinien trafić do tzw. popkultury, a takich działań zupełnie nie widzę. Temat pro-life jak najbardziej wpisuje się w misję mediów publicznych, bo przecież chodzi o życie najmniejszych Polaków.

- A druga strona nie próżnuje.

- Silne media liberalne i lewicowe cały czas robią swoje. Promują aborcję i pod tym kątem pracują nad nastrojami społecznymi, które mogą wychylić się w lewą stronę. Ten proces jest szkodliwy dla Polski i powinniśmy pracować nad tym, by ten kurs odwrócić.

- A dlaczego Pana Posła nie ma w TVP?

- Dobre pytanie, ale chyba nie do mnie....(śmiech). Jeszcze raz powtórzę, że konserwatyści powinni mieć głos w mediach publicznych. Przecież my reprezentujemy wyborców PiS, którzy zagłosowali na nas dlatego, że np. popieraliśmy obronę życia. Teraz powinniśmy mieć możliwość tej obrony nie tylko w mediach katolickich, ale także w publicznych.

- Nie boi się Pan, że zaszkodzi w kampanii wyborczej prezydenta Andrzeja Dudy?

- Nie, bo przecież prezydent Andrzej Duda jest gwarantem tego, że agenda konserwatywnej polityki może być podnoszona. Prezydent wielokrotnie wypowiadał się, że podpisze ustawę zwiększającą ochronę życia, gdy ona tylko trafi na jego biurko. Dlatego ja zachęcam elektorat konserwatywny i swoich wyborców do głosowania na obecnego prezydenta. On jest jedynym liczącym się kandydatem, który będzie wspierał nasze postulaty konserwatywne. Andrzej Duda jest bowiem gwarantem tego, że nasze postulaty prolife i prorodzinne będą mogły być realizowane.

- Jesteśmy cały czas na wojnie kulturowej. Wojnie, w której cywilizacja życia walczy z cywilizacją śmierci. Oczywiście PiS zrobił wiele dobrych kroków, ale jest wielki niedosyt. Czy cywilizacja życia potrzebuje bardziej zdeterminowanych rycerzy na tej wojnie?

- Jako polityk rozumiem, że jesteśmy partią, która musi pozyskiwać elektorat i otwierać się na nowe grupy wyborców o różnej wrażliwości. Ale nie możemy osierocać elektoratu, dzięki któremu zdobyliśmy większość. Nie możemy zapominać o naszym trzonie, czyli elektoracie bardziej konserwatywnym. W zeszłej kadencji były poważne programy prorodzinne, naprawa finansów państwa i gospodarki, a teraz jest czas na sprawy podstawowe, których oczekuje od nas bardzo duża część naszych wyborców.

- Ale walka o cywilizację życia nie jest ważna tylko dla PiS, ale także dla Polski. Trwanie przy prawdziwych wartościach, to trwanie przy naszych korzeniach.

- W interesie naszym jest konserwatyzm, ochrona rodziny i życia. Polskość w różnych trudnych chwilach przetrwała dzięki rodzinie, przywiązaniu do Kościoła i wartości katolickich. Z tymi wartościami jako naród jesteśmy silniejsi i bardziej odporni na zewnętrzne zagrożenia. Te wartości są kapitałem społecznym, który powinniśmy pielęgnować.

- Jeżeli nie postawimy sobie tych wartości za cel i nie określimy ich jako polską rację stanu, to popłyniemy tak jak Zachód w Europy w lewą stronę. Czy Piotr Uściński zgodzi się z taką diagnozą?

- Jestem daleki od twierdzeń, że Polska może uzyskać tylko wtedy sukces, gdy będzie wspierała Berlin. Polacy są zbyt dumnym narodem, by być kogoś wasalem i płynąć w głównym nurcie. My mamy swoją tożsamość, którą powinniśmy pielęgnować. Nie tylko powinniśmy zachować nasze wartości w Polsce, ale być także drogowskazem dla innych państw i wnosić nasze cenne wartości do Europy. Ten główny nurt genderowy prowadzi świat na manowce, a polską racją stanu jest przeciwstawienie się tej ideologii.

- Jednym słowem Pan Poseł jest obrońcą PiS. Dlaczego broni Pan partii przed drogą zachodniej chadecji.

- Nie możemy pójść drogą zachodniej chadecji, bo to byłoby przede wszystkim niedobre dla Polski. Przecież zachodni tzw. "konserwatyści" często realizują lewicowe postulaty. A po to powstał PiS i ja jestem po to w PiS-ie, by służyć Polsce i Polakom. Powinniśmy uczyć się na błędach zachodnich partii politycznych i nie popełniać ich błędów.

- Jeżeli PiS nie wróci do pryncypiów takich jak ochrona życia i ochrona rodziny, to wcześniej, czy później wejdzie na drogę partii Angeli Merkel. Takie kroki uczyniła już wiele lat temu Platforma Obywatelska. Czy PiS pójdzie po jej śladach?

- Niestety niektórym się wydaje, że jest to jedyna możliwa droga i nie ma alternatywy. Wskazują, że polskie społeczeństwo pójdzie drogą zachodnią, a klasa polityczna będzie za tymi nastrojami podążać. Jednak na tym polega racja stanu i prawdziwa polityka, czyli troska o wspólne dobro, by się takim trendom przeciwstawiać. Jeżeli wiemy, że ta droga jest dla Polski i Polaków zła, to róbmy wszystko, co możliwe, by ich z tej drogi zawrócić. Polską racją stanu nie jest upodobnianie się do Zachodu, a Polacy nie po to głosowali na PiS, by politycy tej partii popełniali wiele błędów swoich zachodnich kolegów. Platforma Obywatelska nie miała tyle siły by się temu trendowi przeciwstawić, a ja wierzę w to, że Prawo i Sprawiedliwość taką siłę w sobie ma.

CZYTAJ DALEJ

Abp Budzik: Chcemy zrobić inwentaryzację naszego życia diecezjalnego

2020-06-05 19:47

[ TEMATY ]

synod

Lublin

abp Stanisław Budzik

Paweł Wysoki

Członkowie synodalnej komisji misyjnej

- Chcemy zrobić sobie rachunek sumienia czy inwentaryzację tego, w jakim miejscu naszej wspólnej, archidiecezjalnej drogi się znajdujemy. Jakie zadania stawiają obecne czasy ludziom wierzącym i jaka jest nasza wierność Ewangelii – powiedział abp Stanisław Budzik. Metropolita lubelski wręczył nominacje członkom dwunastu komisji III Synodu Archidiecezji Lubelskiej. W prace zespołu są zaangażowani zarówno duchowni jak i świeccy.

Zwracając się do zgromadzonych, abp Stanisław Budzik zauważył, że choć trwająca pandemia uniemożliwiła uroczyste otwarcie Synodu to aktualna sytuacja pozwala na podjęcie pracy w małych grupach. – Postanowiliśmy zaprosić państwa i wręczyć nominacje tak, aby podjąć prace przygotowawcze. Tym samym, gdy nasz Synod się rozpocznie, jego obrady będą mogły przebiegać sprawniej i owocniej – mówił.

Metropolita lubelski przypomniał także znaczenie Synodu Diecezjalnego dla życia lokalnego Kościoła. – Chcemy zrobić sobie rachunek sumienia czy inwentaryzację tego, w jakim miejscu naszej wspólnej archidiecezjalnej drogi się znajdujemy. Jakie zadania stawiają obecne czasy ludziom wierzącym i jaka jest nasza wierność Ewangelii. Co nam dobrze wychodzi, z czym sobie radzimy, jakie mamy środki do dyspozycji, jak się sprawdzają te struktury, które funkcjonują w naszej Archidiecezji. Chcemy sprowokować rozmowy na temat tego jak funkcjonują nasze wspólnoty parafialne, poprzez te w dekanatach, aż do życia diecezjalnego – tłumaczył abp Budzik.

O zasadach prac komisji opowiedział ks. dr Adam Jaszcz, sekretarz Synodu. – Członkami zespołów są osoby, które mają doświadczenie danej dziedziny życia Kościoła.

Zespoły synodalne to nie tylko zespoły parafialne i dekanalne, mamy także zespoły na poziomie ruchów i stowarzyszeń jakie funkcjonują w naszej diecezji, swój zespół mają także księża seniorzy i alumni seminarium.
Zachęcamy, aby pierwsze spotkania miały charakter modlitewny z adoracją Najświętszego Sakramentu. Przed nami jest przygotowanie projektów uchwał synodalnych, które w przyszłości będą dokumentem roboczym dla ostatniej fazy synodu – mówił duchowny.

W skład wszystkich gremiów synodu zostali powołani księża, jak i świeccy. Wśród tematów prac komisji znalazły się zagadnienia takie jak: powołanie świeckich w Kościele, duchowość i posługa kapłańska, życie konsekrowane, liturgia, katechizacja i ewangelizacja, młodzież, rodzina, miłosierdzie, ekumenizm i dialog międzyreligijny, misje, dialog z kulturą oraz odpowiedzialność za dobra materialne.

Pierwszy Synod Diecezji Lubelskiej został zwołany przez biskupa Mariana Leona Fulmana. Odbywał się od 25 do 27 września 1928 r. Jego celem było uporządkowanie prawa diecezjalnego w oparciu o opublikowany wcześniej Kodeks Prawa Kanonicznego.

Przygotowane uprzednio projekty statutów synodalnych zostały odczytane i przedyskutowane na trzech sesjach publicznych w katedrze i podczas czterech zebrań ogólnych w seminarium duchownym. Statuty synodalne, podpisane przez biskupa Fulmana i opublikowane, zaczęły obowiązywać od 31 marca 1929 r.

Kolejny synod został zwołany przez bp. Bolesława Pylaka i przeprowadzony w latach 1977-1985. Przedmiotem jego obrad było osiem szerokich zagadnień z życia lokalnego Kościoła: przepowiadanie słowa Bożego, posługa katechetyczna, życie liturgiczne, kapłani diecezjalni, posługa instytutów zakonnych, apostolat świeckich, struktury duszpasterskie i działalność pastoralna. Mimo, że od jego zakończenia minęły 34 lata, dokumenty na nim uchwalone obowiązują nadal i wiele z nich nie straciło swej aktualności.

CZYTAJ DALEJ

Łagiewniki: rozpoczęła się III Ogólnopolska Pielgrzymka Rodzin Dzieci Utraconych

2020-06-06 15:36

[ TEMATY ]

pielgrzymka

Łagiewniki

B. M. Sztajner/Niedziela

W Niedzielę Miłosierdzia Bożego otwarte są wszystkie możliwe zdroje łask. Warto zrobić krok wiary i przekroczyć bramy miłosierdzia

Modlitwą Anioł Pański i Eucharystią w Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Krakowie-Łagiewnikach pod przewodnictwem rozpoczęła się III Ogólnopolska Pielgrzymka Rodzin Dzieci Utraconych. - Bez przebaczenia Bogu, ludziom, którzy się przyczynili do śmierci dziecka, samemu dziecku, jak i sobie jako rodzicom, trudno zabliźnić rany spowodowane odejściem dziecka - mówił podczas Mszy bp Jan Zając.

Biskup wskazał, że gromadząc się przed Jezusem miłosiernym rodzice dzieci utraconych chcą pozostawić Mu trudne historie swoich pociech. - Stawiacie też pytanie o sens cierpienia, które tak bardzo dotyka ludzkie życie. Nie wystarczy stwierdzić, że cierpienie to wielka tajemnica - mówił.

Honorowy kustosz łagiewnickiego sanktuarium zachęcił do tego, by osoby pragnące ukojenia nie bały się przychodzić do Jezusa miłosiernego. Przypomniał, że miłość wykracza poza grób i sprawia, że między osobami na ziemi, a zmarłymi ciągle trwa niezwykła więź.

Duchowny zaznaczył, że rodzice dzieci utraconych często zastanawiają się jak może kochać ich Bóg, skoro zabrał im dziecko.

- Ważne jest wtedy ukazywanie im nadziei życia wiecznego i powtórnego spotkania z dzieckiem w wieczności. W procesie żałoby trzeba też przebaczać. Bo bez przebaczenia Bogu, ludziom, którzy się przyczynili do śmierci dziecka, samemu dziecku, jak i sobie jako rodzicom, trudno zabliźnić rany spowodowane odejściem dziecka - tłumaczył.

Kaznodzieja odwołał się przy tym do postaci Karola i Emilii Wojtyłów, którzy utracili córkę w dniu porodu. - Ich mocna i ufna wiara pomagała im przeżywać cierpienia. Oboje małżonkowie mieli zakodowaną prawdę, że życie upływa wśród cierpienia i śmierci, ale smutek i żałość w końcu przemijają. Trzeba je tylko oddać Bogu, który dzierży losy przemijającego świata. Niedawno rozpoczął się ich proces kanonizacyjny - Bóg zatem daje szczególnych orędowników rodzinom dzieci utraconych - podkreślił na zakończenie bp Zając.

W pielgrzymce biorą udział rodziny, które przedwcześnie utraciły swoje dzieci, nienarodzone i narodzone, bez względu na ich wiek i okoliczności śmierci. Po Eucharystii nastąpi adoracja Najświętszego Sakramentu połączona z koronką do Bożego Miłosierdzia oraz aktem zawierzenia zmarłego dziecka Bożemu Miłosierdziu.

Koordynatorem pielgrzymki jest ks. dr Janusz Kościelniak, który w Łagiewnikach duszpasterstwem rodziców dzieci utraconych zajmuje się już kilka lat. W każdym miesiącu jest tutaj odprawiona Msza św. z adoracją Najświętszego Sakramentu dla rodziców w żałobie po śmierci dziecka. Jeśli rodzice nie mogli osobiście przybyć na pielgrzymkę, mogą w zamian wpisać imię dziecka w specjalnej Księdze Dzieci Utraconych na stronie www.du.milosierdzie.pl.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

Wspierają nas

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję