Reklama

Niedziela Świdnicka

Uczcili pamięć Konstantego Skirmunta

Wałbrzyscy działacze patriotyczni udali się na cmentarz w dzielnicy Sobięcin, gdzie na grobie Konstantego Skirmunta, znaczącego polityka II Rzeczpospolitej, złożyli kwiaty i zapalili znicze. Przy grobie Skirmunta spotkali się m.in. radna miejska Beata Mucha oraz dr Piotr Sosiński, prezes Wałbrzyskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej

Niedziela świdnicka 48/2019, str. 4

[ TEMATY ]

historia

wspomnienie

Krzysztof Zaremba

Od prawej: Beata Mucha, dr Piotr Sosiński, Grzegorz Mazurkiewicz

Konstanty Skirmunt przyjechał do Sobięcina, dzisiejszej dzielnicy Wałbrzycha, w 1946 r. po zakończeniu II wojny światowej już jako 80-letni staruszek. Znalazł się pod opieką tamtejszych sióstr niepokalanek. Wspierała go jego siostra Jadwiga. Trzy lata później zmarł, jednak przez czas pobytu zdołał zaskarbić sobie sympatię i wielki szacunek zarówno zakonnic, jak i uczennic liceum prowadzonego przez siostry. Dzięki sobięcińskim niepokalankom miejsce pochówku Konstantego doczekało się nagrobka, którym do dziś opiekują się siostry i uczennice szkoły. Niewiele osób jednak pamięta o tym wybitnym przedwojennym polityku, który niemal w całkowitym zapomnieniu spoczywa w wałbrzyskiej ziemi. Choć Konstanty za swą działalność otrzymał takie odznaczenia, jak: Wielkie Wstęgi Orderu Polonia Restituta, francuska Legia Honorowa, Korona Włoska, belgijski Order Leopolda, jugosłowiański Orzeł Biały, norweski order św. Olafa, angielski Order Wiktorii i flamandzka Biała Róża – to w Wałbrzychu nigdy nie został należycie uhonorowany i to nie tylko w czasach tzw. PRL-u, ale nawet po 1989 r. rządzący miastem nie zdobyli się choćby na nadanie imienia Konstantego Skirmunta jednej z ulic miasta.

Słów kilka

Konstanty Skirmunt urodził się w 1866 r. w miejscowości Mołodowo koło Kobrynia. Pochodził z zamożnej rodziny ziemiańskiej. Studia prawnicze ukończył w Petersburgu. Na przełomie wieków aktywnie działał m.in. w Zarządzie Grodzieńskiego Syndykatu Rolniczego i Mińskiego Towarzystwa Ubezpieczeń. Jako konserwatysta udzielał się w Stronnictwie Krajowym Litwy i Białorusi. Od 1909 do 1917 r. był członkiem rosyjskiego parlamentu. Od 1916 r. współpracował z założonym przez Romana Dmowskiego Stronnictwem Demokratyczno-Narodowym.

W latach 1917-19 był członkiem rzymskiego przedstawicielstwa Komitetu Narodowego Polskiego w Paryżu, w którego imieniu uczestniczył w Konferencji Wersalskiej. W tym czasie poznał papieża Benedykta XV i prowadził z nim rozmowy. Tuż po odzyskaniu przez Polskę niepodległości został mianowany ambasadorem w Rzymie. W latach 1921-22 był ministrem spraw zagranicznych w rządach Wincentego Witosa i Antoniego Ponikowskiego. W tym czasie wypracował całościową koncepcję polskiej polityki zagranicznej opartą na zasadzie pokojowego rozwiązywania konfliktów i poszanowania zawartych kontraktów. Był jednocześnie gorącym zwolennikiem dobrych stosunków i przyjaźni z Czechosłowacją. W latach 20. XX wieku Konstanty Skirmunt sprawował mandat posła i senatora, reprezentował również Polskę w Lidze Narodów. Z życia politycznego wycofał się w 1934 r. Cztery lata później po ataku apopleksji, doznał częściowego paraliżu, ale do końca życia zachował sprawność umysłową. Po napaści sowieckiej na wschodnią część Polski 17 września 1939 r. rodzinny majątek Konstantego Skirmunta w Mołodowie został zagrabiony przez najeźdźców, którzy siostrę Marię i brata Henryka brutalnie zamordowali. Konstantemu i jego siostrze Jadwidze udało się szczęśliwie dotrzeć do Warszawy, gdzie znaleźli schronienie u rodziny Potockich, a po Powstaniu Warszawskim u sióstr urszulanek szarych. W 1946 r. ostatecznie trafił do Sobięcina i tu zmarł w 1949 r.

Reklama

W szkolnej kronice Liceum Sióstr Niepokalanek zachował się wpis z tamtego czasu: „Miał już prawie 83 lata, ale dotąd trzymał się nieźle. Zawsze wytworny, elegancki i uprzejmy, codziennie wypuszczał się na spacer wzdłuż leżącej naprzeciw szkoły Czereśniowej alei. Był pogodny i chętnie rozmawiał z napotkanymi siostrami i uczennicami, dzieląc się opiniami na temat bieżących zdarzeń. Ten doświadczony polityk i dyplomata interesował się wszystkim i wciąż patrzył na świat z optymizmem. Uwielbiali go tu wszyscy, nazywali Nasz Ambasador”. Jak wspominają siostry, Konstanty zwykł często mawiać: „Wielu u nas, kandydatów na hetmanów, a niedostatek tych, którzy słuchają i pracują” . Zachował się o nim także inny wpis w kronice: „Był człowiekiem głębokiej wiary, wielkiego umysłu, nieposzlakowanej zacności charakteru”.

Pamiętają

Przez kilkadziesiąt lat jedynie siostry niepokalanki z Wałbrzycha i uczennice ich szkoły zachowywały pamięć o Konstantym Skirmuncie. W ostatnim czasie niektórzy działacze, szczególnie dr Piotr Sosiński, były wałbrzyski samorządowiec, obecnie prezes WSSE Invest-Park, podejmują próby spopularyzowania postaci tego znaczącego polityka II Rzeczpospolitej i pragną dotrzeć z takim przekazem do mieszkańców miasta oraz przekonać jego włodarzy, że postać ta godna jest szczególnego uhonorowania i powinna stawiana być za wzór moralny i patriotyczny. Póki co, ziarno tych starań pada na kamienisty grunt.

W ubiegłym roku w ramach akcji „Eko-historia. Międzypokoleniowe sadzenie drzew” ówczesny wojewoda dolnośląski Paweł Hreniak uroczyście zasadził przy Gimnazjum i Liceum Sióstr Niepokalanek w Wałbrzychu drzewo upamiętniającego Konstantego Skirmunta. Trzeba mieć nadzieję, że usilne starania o szerokie spopularyzowanie tej niezwyczajnej postaci wydadzą kiedyś pożądane owoce.

2019-11-26 12:50

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

105 lat temu do Warszawy wkroczyły wojska Cesarstwa Niemieckiego

2020-08-05 07:29

[ TEMATY ]

historia

Reprodukcja Piotr Kamionka/East News

Hitler obserwuje bombardowanie Warszawy

105 lat temu, 5 sierpnia 1915 r., do Warszawy wkroczyły wojska Cesarstwa Niemieckiego. Dzień ten oznaczał koniec rosyjskiego panowania, a jednocześnie początek nowej okupacji. Mieszkańcy miasta z niepewnością spoglądali w przyszłość.

O poranku 5 sierpnia 1915 r. mieszkańców Warszawy zbudził huk, którego miasto nie słyszało w swojej dotychczasowej historii. Wojska rosyjskie w odstępie kilkudziesięciu minut wysadziły wszystkie warszawskie mosty na Wiśle. Pierwszy zniszczony został oddany do użytku dwa lata wcześniej Most im. Cesarza Mikołaja II, nazywany przez warszawian „trzecim mostem” lub „mostem Poniatowskiego” (w 1913 przypadała setna rocznica śmierci księcia Józefa). Godzinę później, tuż po siódmej rano, eksplodowały ładunki wybuchowe na Moście Aleksandryjskim (Kierbedzia). Na koniec wybuchł most kolejowy przy Cytadeli – jedyne tego typu połączenie zachodniej i wschodniej części miasta.

W tym czasie niemal całość sił rosyjskich była już na Pradze. Świadkowie wydarzeń z 5 sierpnia wspominają, że eksplozje obudziły garstkę rosyjskich oficerów, którzy ostatnią noc w Warszawie spędzali w luksusowych hotelach. Prawdopodobnie wpadli w ręce Niemców. Ich obecność była już tylko obiektem żartów warszawskiej ulicy, która zapomniała, że dokładnie rok wcześniej Rosjanie wyruszający na front żegnani byli kwiatami i postrzegano ich jako „naszych”, którzy idą walczyć z niemieckim barbarzyństwem.

Po raz pierwszy od kapitulacji wojsk powstańczych w 1831 r. Warszawa była wolna. Już w nocy z 4 na 5 sierpnia władzę w lewobrzeżnej stolicy przejął Komitet Obywatelski Warszawy pod przewodnictwem księcia Zdzisława Lubomirskiego. Ulice patrolowała Straż Obywatelska. Po głównych arteriach jawnie defilowali członkowie tajnej Polskiej Organizacji Wojskowej. W kontekście brutalności tej wojny może zaskakiwać oburzenie, z jakim „Tygodnik Ilustrowany” informował, że ostatni rosyjski prezydent miasta Aleksander Müller pozostawił Lubomirskiemu środki na zaledwie dwa miesiące funkcjonowania stolicy. Prawdopodobnie dzięki wpływom Lubomirskiego Rosjanie zrezygnowali z zastosowania taktyki spalonej ziemi w pełnej skali. Wbrew planom nie zniszczyli gazowni, elektrowni ani centrali telefonicznych. Ich łupem padało jednak wyposażenie fabryk i ich robotnicy, których tysiące przymusowo ewakuowano na wschód.

Niewielkie straty przyniosły cztery niespokojne dni, które nastąpiły po 5 sierpnia. Rosjanie opuścili tylko lewobrzeżną Warszawę i z Pragi prowadzili ostrzał drugiego brzegu. Pociski wybuchały m.in. na Krakowskim Przedmieściu i placu Zamkowym. Miasto atakowały również rosyjskie samoloty. Mieszkańcy znali już niebezpieczeństwo ataku z powietrza. W minionych miesiącach niemieckie samoloty i sterowce bombardowały strategiczne punkty miasta, m.in. dworce kolejowe oraz Cytadelę.

Wszystkie wspomniane znienawidzone nazwy rosyjskie, nadawane na cześć monarchów mieniących się w swojej tytulaturze „królami Polski”, niemal natychmiast odeszły w niepamięć. W kolejnych miesiącach i latach podobny los miał spotkać inne symbole rosyjskiego panowania – nazwy ulic, pomniki, szyldy, niemal wszystkie prawosławne świątynie i bizantyńską architekturę. Z miasta zniknęły też tysiące jego mieszkańców – wojskowych, urzędników, nauczycieli, profesorów ewakuowanych uczelni i duchownych prawosławnych. „Popłoch między Rosjanami umykającymi na Pragę był tak wielki, że furgony, na których uciekali, nie mogły pomieścić wszystkich zbiegów. Obok dygnitarzy sądowych, częstokroć bez czapek na głowach, sadowili się ich woźni, sołdaci bez broni, żony czynowników z dziećmi. Nierzadko na tych furgonach spostrzegano trzodę chlewną, stosy bochenków razowego chleba, sprzęty domowe, malowidła świętych dźwigane przez popów. Wszystko to przedstawiało groteskowy obraz strwożonej, tchórzliwej gromady, szukającej ratunku w ucieczce przed groźnym, żądnym zemsty i łupów wrogiem” – opisywał publicysta i historyk Aleksander Kraushar w krótkim dziele „Warszawa podczas okupacji niemieckiej 1915–1918. Notatki naocznego świadka”.

Początek okupacji wcale nie przypominał dumnego zajęcia przez zwarte i niepokonane siły armii słynącej z dyscypliny. Około południa przy rogatkach Warszawy pojawiły się pierwsze patrole niemieckie. „Miało się przed sobą gromady niezgrabnych, zgłodniałych, brudnych, w zabłoconych butach i szarawarach żołdaków, którym z oddalenia przypatrywały się liczne rzesze mieszkańców, niepewne losu, jaki miał spotkać zajętą bez walki stolicę” – pisał Kraushar. Niemcy dostrzegając fatalny stan higieny rosyjskich żołnierzy, spodziewali się, że mieszkańcy do spraw czystości przykładają równie niewielką wagę. W pierwszych dniach na murach Warszawy pojawiły się nawet skierowane do niemieckich żołnierzy informacje, w których ostrzegano przed takimi zagrożeniami jak choroby weneryczne. Jak pisał Kraushar, po kilku dniach niemieccy oficerowie „odłożyli szpicruty” i nieco przyjaźniej patrzyli na zajęte miasto i jego mieszkańców. Doceniali także warszawskie restauracje, kawiarnie i domy publiczne.

W ciągu kolejnych trzech lat Niemcy nie wzbudzili zbyt wielkiej sympatii. Dominowały nieufność i dystans. Jednak w przeciwieństwie do wielu zakątków Królestwa Polskiego nie posuwali się do represji wobec ludności cywilnej lub grabieży własności prywatnej. Jednak do ostatnich dni okupacji prowadzili rabunkową politykę gospodarczą.

Warszawa pod rosyjskim panowaniem była miastem bogacącym się i coraz bardziej dostatnim. Pierwsze miesiące wojny wzbogaciły wielu robiących interesy na dostawach dla armii rosyjskiej. Tuż po wkroczeniu wojsk niemieckich przed sklepami pojawiły się kolejki, szalała inflacja i spekulacja cenami podstawowych produktów. Na ulicach przebywało również wielu żebraków, często byłych robotników pozbawionych zatrudnienia. Spadł także ruch uliczny. Nowi okupanci rekwirowali wozy, konie i nieliczne samochody. Ku zadowoleniu mieszkańców rozpoczęli też zacieranie śladów rosyjskiego panowania. Ich łupem padł pozłacany, miedziany dach Soboru św. Aleksandra na placu Saskim. Do jesieni 1917 r. zburzono rosyjskie pomniki – m.in. Iwana Paskiewicza, który stał przed Pałacem Namiestnikowskim, i wyjątkowo znienawidzony pomnik oficerów-lojalistów poległych w Noc Listopadową na placu Jana Henryka Dąbrowskiego (wówczas plac Zielony). Niemcy uważali, że likwidacja carskich monumentów zapewni im sympatię Polaków. Złom z pomników i cerkwi zasilał zaś ich przemysł wojenny.

W 1915 r. w Niemczech ukazała się książka politologa Friedricha Naumanna „Mitteleuropa”. Jej myślą przewodnią było stworzenie wielkiej strefy państw Europy Środkowej uzależnionych gospodarczo i militarnie od zwycięskich państw centralnych. Polska, Ukraina i kraje bałtyckie miały się cieszyć niezależnością kulturową i administracyjną. Koncepcja Naumanna szybko zyskała przychylność niemieckich kręgów politycznych. Szybko zdali sobie sprawę, że przepędzenie Rosjan nie przysporzy im sympatii Polaków i konieczne są kolejne kroki mające przygotować grunt pod powołanie uzależnionego od Berlina i Wiednia państewka polskiego.

Już 15 listopada 1915 r. w obecności niemieckiego gubernatora gen. Hansa von Beselera zainaugurowano rok akademicki na odrodzonym Uniwersytecie Warszawskim. W tym samym roku miejsce Warszawskiego Instytutu Politechnicznego Cesarza Mikołaja II zajęła Politechnika Warszawska. 3 maja 1916 r., w 125. rocznicę uchwalenia Konstytucji 3 maja, ulicami stolicy przeszła gigantyczna manifestacja patriotyczna. Była to pierwsza legalna uroczystość tego rodzaju od upadku Powstania Listopadowego. W sierpniu tego samego roku pod murami Cytadeli odsłonięto kamień i krzyż upamiętniające Romualda Traugutta i pozostałych członków Rządu Narodowego. W teatrach wystawiano dramaty zakazane pod panowaniem rosyjskim. Wielką popularnością cieszyła się m.in. „Noc listopadowa” Stanisława Wyspiańskiego. Każdy spektakl poprzedzało odśpiewanie „Boże, coś Polskę”. W kinach pojawiały się sensacyjne romanse, takie jak „Ochrana warszawska i jej tajemnice”. Warszawianie wykorzystywali te gesty okupantów, ale wciąż patrzyli na nich z ogromną nieufnością. O tej postawie decydowała nie tylko „tradycyjna” niechęć wobec Niemców, ale również przeświadczenie, że ewentualny pokój może oznaczać powrót Rosjan i zemstę na zwolennikach współpracy z Niemcami. Dopiero pod koniec 1917 r. zagrożenie to przestało być realne.

Zaufania nie wzbudzały też pełne obłudy przemówienia niemieckich polityków. W sierpniu 1915 r. kanclerz Rzeszy Theobald von Bethmann Hollweg w przemówieniu przed Reichstagiem powiedział, że okupacja Warszawy zwiastuje początek nowej ery współpracy polsko-niemieckiej. Podkreślał również swój szacunek wobec polskiej walki z rusyfikacją. Tymczasem warszawianie i pozostali mieszkańcy ziem polskich okupowanych przez Niemców mieli w świeżej pamięci zniszczenie Kalisza oraz prześladowania polskich uczniów w zaborze niemieckim.

Nieco lepiej w kontaktach z polskimi elitami radził sobie generał-gubernator warszawski von Beseler. Udało mu się wynegocjować powstanie Tymczasowej Rady Stanu i Rady Regencyjnej w składach reprezentujących stosunkowo duży autorytet społeczny. Wbrew naciskom niemieckiego dowództwa, głównie niechętnych mu Paula von Hindenburga i Ericha Ludendorffa, nie widział jednak większych szans na powołanie polskiej armii, która mogłaby odegrać w tej wojnie jakąkolwiek rolę. W liście do kanclerza Rzeszy stwierdził, że Polacy mogą być jedynie siłą policyjną odciążającą wojsko niemieckie.

Symbolem polsko-niemieckiej nieufności była zorganizowana przez Beselera uroczystość ogłoszenia Aktu 5 listopada na Zamku Królewskim w Warszawie. Niemcy musieli wykonać ogromy wysiłek, aby polska prasa poddana cenzurze pisała o „wskrzeszeniu Polski” z entuzjazmem, a sama koncepcja odbudowy państwa pod skrzydłami Niemiec cieszyła się choćby ograniczonym poparciem polskich elit. Aleksander Kraushar wyraził opinię przytłaczającej większości obserwatorów tej uroczystości – Beseler był postrzegany tylko jako nieco „lepsza wersja” rosyjskich urzędników, którzy wykorzystywali sale Zamku Królewskiego od prawie stu lat. „Ukryta w kącie sali niemiecka orkiestra wojskowa odegrała +Boże, coś Polskę+ i „Jeszcze Polska nie zginęła”. Ogarnęło nas wszystkich dziwne uczucie. Byliśmy świadkami aktu o doniosłym znaczeniu pierwszego kroku w stronę wolności. Przywracano nam część naszej ojcowizny […] jednakże pod czujną strażą, która mogła przemienić się w najgroźniejsze jarzmo, jakie nam nałożono. Cała ta scena, historyczna sala, tłum polskich notabli, aroganckie postaci teutońskich najeźdźców, ukochane pieśni narodowe grane przez niemieckich maruderów – czyż nie był to jakiś koszmar senny” – opisywał jeden z uczestników uroczystości.

Co ciekawe, także w Niemczech Akt 5 listopada, mimo że w krótkiej perspektywie nie niósł istotnych konsekwencji politycznych, wywołał ogromną krytykę i zmasowany atak konserwatywnych polityków na Beselera. Powtarzano, że Niemcy powinni walczyć wyłącznie we własnym interesie, a nie oddawać zdobyte ziemie Polakom. Beseler zdawał sobie sprawę, że jego polityka ustępstw przysparza mu wrogów i nie daje gwarancji powodzenia. „Mój Boże, jak ci ludzie są podejrzliwi! Ale trudno się temu dziwić po stuletniej niewoli” – zapisał, tłumacząc swoje stosunki z polskimi politykami. W prywatnych rozmowach z Polakami dodawał: „Wszyscy jesteście poetami”. Wyrażał w ten sposób swój dystans wobec polskiego romantyzmu i rzekomego braku umiejętności skutecznego zarządzania państwem.

Zimą 1916 r. Niemcy zdobyli się na kolejny symboliczny gest. 1 grudnia do Warszawy wkroczyły Legiony Polskie. Miały to być potwierdzenie realizacji zamiaru powołania armii polskiej i kolejna manifestacja mająca zjednać mieszkańców miasta i całego Królestwa Polskiego do idei współpracy z Niemcami. Mimo że Legioniści byli pierwszą od 85 lat polską formacją wojskową defilującą na ulicach Warszawy, to nie wzbudzili spodziewanego entuzjazmu. Dominowały obojętność lub ostrożne zaciekawienie. „Coś chwytało za gardło i oczy przesłaniało chmurą. Czyli to przeszłość zmartwychwstaje i błyska, aby znów zgasnąć, czyli to zwiastuny wolności, ci nasi spod innego znaku, niegdyś tak potępieni” – zapisała Maria Lubomirska, żona prezydenta stolicy ks. Zdzisława Lubomirskiego.

W roku 1917 uwagę mieszkańców przyciągały kryzys przysięgowy i strajk studentów uczelni warszawskich, którzy domagali się zapewnienia przez władze pełnej autonomii Uniwersytetu i Politechniki. Dla niemal wszystkich głównym celem było jednak przetrwanie. Warunki życia w mieście pogarszały się z każdym miesiącem przybliżającym koniec wojny.

Pokój brzeski z lutego 1918 r., który oddawał część ziem wschodnich Królestwa Polskiego Ukrainie, ostatecznie skompromitował ideę odbudowy państwa w oparciu o porozumienie z Niemcami. Polacy nie zaprzepaścili jednak kolejnych kilku miesięcy i kontynuowali budowę instytucji państwowych . Gdy w listopadzie 1918 r. kończyła się trwająca trzy lata okupacja niemiecka, w Warszawie funkcjonowały polskie szkolnictwo, organizacje polityczne, rząd, sądy, zaczątki administracji państwowej, samorządowej i armii. Postawa zupełnie załamanego Beselera, a także niemal wszystkich zrewoltowanych niemieckich żołnierzy i oficerów, którzy pragnęli tylko powrotu do domów, zadecydowały o niemal bezkrwawym końcu niemieckiego panowania w stolicy. Niewiele ponad dwie dekady później część mieszkańców miasta spodziewała się, że nowa okupacja niemiecka będzie co najwyżej nieco surowsza od tej, której symbolem był generał- gubernator Beseler. Z perspektywy doświadczeń lat I wojny światowej niemiecki terror lat 1939–1944 był jednak niewyobrażalny.

CZYTAJ DALEJ

Bas nad basy

Niedziela Ogólnopolska 31/2012, str. 12-13

Dominik Różański

Bernard Ładysz z żoną Leokadią Rymkiewicz-Ładysz, śpiewaczką sopranistką

ALICJA DOŁOWSKA: - Czy ten wspaniały głos odziedziczył pan po kimś z rodziny?

BERNARD ŁADYSZ: - Tego nie wiem. Pamiętam jednak, że zarówno ojciec, jak i matka mieli nadzwyczaj piękne głosy. Matka - sopran. Ojciec śpiewał tenorem. Byliśmy bardzo biedną rodziną. Oni nie mieli czasu ani warunków, by szkolić głosy. Wspólnie z matką, ojcem, braćmi, wujem i ciotkami występowaliśmy w chórze „Hasło”, prowadzonym przez prof. Jana Żebrowskiego w wileńskim kościele Ojców Bernardynów. Brat śpiewał basem, wuj natomiast śpiewał w chórze basem partie solowe. W 1935 r. nasz chór zdobył na konkursie w Warszawie pierwsze miejsce ex aequo ze stołecznym chórem „Harfa”. Musieliśmy być naprawdę dobrzy, skoro „Hasło” postawiono na równi z „Harfą” - najlepszym chórem w Europie.
W Wilnie istniał wtedy jeszcze drugi świetny chór - „Echo”. Chór Żebrowskiego skupiał środowisko rzemieślnicze: krawców, szewców, piekarzy. „Echo” nazywaliśmy chórem pańskim, bo w nim śpiewali dyrektorowie, szeroko pojęta inteligencja. Ale to nasz był lepszy. Miał piękne brzmienie. Utwory śpiewało się szczerze, każdy starał się pokazać najpełniej swoje wokalne możliwości. Dzisiaj chóry śpiewają tak sobie. Nie przykładają wagi nawet do prawidłowej artykulacji samogłosek, co w brzmieniu pieśni jest ogromnie ważne. Drażni mnie np., że śpiewają płaskie „a”, podczas gdy wykształceni śpiewacy śpiewają „a” okrągłe. To jest kwestia pokazania śpiewającej młodzieży, że nie tylko głos, ale również artykulacja głosek czy całych wyrazów jest w śpiewie szalenie ważna. Dopiero opanowanie tej umiejętności sprawi, że dźwięk zabrzmi bardzo ładnie. Nikt ich tego nie uczy.

- Piszą o Panu - bas. Ale brzmienie Pana głosu określają również jako bas baryton. Jak Pan sam nazwie skalę swego głosu?

- Bas baryton. Podczas śpiewu mogę głos obniżać. W brzmieniu mego głosu jest trochę jednej i drugiej tonacji. Głos to dar od Boga. Albo się go ma, albo nie. Ale z głosem jest jak z nieoszlifowanym diamentem: żeby zabłysnął pełnym blaskiem, trzeba go oszlifować. Kunszt osiąga się poprzez doskonalenie warsztatu i techniki.

- Jak to jest być najwspanialszym polskim basem? Czy brak konkurencji nie sprawia, że człowiek czasami spuszcza z tonu? Czy też opinia, że ktoś jest najlepszy, każe trzymać poprzeczkę wysoko, żeby nie zawieść?

- Nie kalkulowałem. Po prostu śpiewałem zawsze szczerze, z sercem. I nigdy nie markowałem. Zdarzały się, oczywiście, kiksy, ale to normalne. Do dziś żyję rolą Borysa Godunowa. Ta opera Musorgskiego zapadła we mnie głęboko. Podążając fraza za frazą - widać, ile jest tam głębi. Kompozytor, choć na portrecie Riepina może dziś przypominać bandytę, był genialny. W prowadzeniu myśli i głosów - mistrzowski. Może tylko szkoda, że „ruski”. Bardzo żałuję, że tego dzieła nie napisał Moniuszko. Nazwano mnie rusofilem, ale rusofilem nie jestem. Lubię muzykę rosyjską, bo taka jest moja natura: szeroka i otwarta. Nie mogę śpiewać np. Mozarta, bo jest dla mnie zbyt zamknięty w surowych rygorach. W muzyce Czajkowskiego, Musorgskiego, Rachmaninowa łapię oddech. To dopiero jest śpiewanie! Rosjanie i Włosi tworzyli muzykę dla basu, a polscy kompozytorzy - nie. Śpiewając, cały czas myślałem o roli. Zastanawiałem się na scenie: Po co ja kogoś o coś w tej operze pytam. O co mi chodzi.

- Myślenia o roli ktoś jednak Pana uczył.

- Wracam do tego, o czym mówiłem. Chóry, chóry i jeszcze raz chóry. Chórem trzeba żyć. Z chórem trzeba śpiewać. Muzykę należy przeżywać, bo to są emocje. Chóry rozwijają. Szkoda, że się tego nie docenia. Ale dziś nie kształcimy wrażliwości. Składa się na nią także poezja, literatura, malarstwo. Dożyliśmy czasów, gdy nawet maszyna może zrobić muzykę. Ale prawdziwego śpiewania „na żywo” nie zastąpisz, tego smaku i brzmienia...

- Ale też u Was w rodzinie istniała tradycja śpiewania domowego. W ogóle na Kresach śpiewało się w domu chętnie i często...

- O tak! U Ładyszów śpiewało się nie tylko z okazji imienin, świąt czy uroczystości rodzinnych. Śpiewało się, ot, po prostu - w chwilach wolnych i wieczorami. Gdy człowiekowi od smutku rozdzierała się dusza i gdy było radośnie. Wszyscy w rodzinie śpiewali. A że mieli piękne głosy, to aż sąsiedzi schodzili się posłuchać.
W chórach śpiewaliśmy ze słuchu, mówiło się, że „z ucha”, bo przecież nikt nie znał nut, żeby rozeznać tony i zrozumieć, jak są rozpisane głosy. Ale gdy chórzysta miał dwie, trzy oktawy, zawsze mieścił się w wyznaczonej tonacji. A dzisiaj, co? Zastanawiam się, dlaczego w polskich kościołach w repertuarze chórów nie ma Moniuszki. Tego wielkiego polskiego kompozytora. Jest autorem pięknego utworu „Oto drzewo krzyża”. Nie ma też bardzo starej pieśni „Ludu, mój ludu”. Tego chóry na ogół dzisiaj nie wykonują, choć są to przecież skarby polskiej kultury. A jeśli śpiewają, to okazjonalnie.

- Po wygraniu konkursu śpiewaczego w Vercelli otwierała się przed Panem światowa kariera. Ale Pan, owszem, śpiewał w mediolańskiej La Scali razem z Marią Callas w „Łucji z Lammermoor”, nagrał arie operowe dla Columbii, występował nawet w Chinach, ale nie czmychnął za granicę na stałe.

- Wciąż myślałem o Warszawie. Nigdy nie zapomnę, jak Warszawa nas przyjęła, gdy przyjechaliśmy z obozu w Kałudze w 1947 r. W łagrze pracowaliśmy przy wyrębie lasu. Było ciężko. Po wojnie też, bo Wilno nie było już po polskiej stronie. Zakochałem się w Warszawie, gdy wróciliśmy z Rosji. Wjechaliśmy do miasta gruzów. I ono nas przyjęło, bo byliśmy partyzantami i wróciliśmy stamtąd. Ta biedna Warszawa oddała nam serce. Oddała 20-metrowy pokój dwudziestu osobom, chociaż miejsca było tylko dla czterech. Pamiętam: siedzieliśmy w kawiarni „Maxim” i gdy zaczęliśmy śpiewać, ludzie płakali. Płakaliśmy wspólnie nad polskim losem. Dlatego kocham Warszawę.

- Kocha Pan też Wilno.

- Tęsknię za Wilnem. Za Matką Boską Ostrobramską. To świat mego dzieciństwa, wczesnej młodości. Nikt mi go nie zabierze. Byliśmy kilka lat temu z żoną, która też jest wilnianką, na występach w Domu Polskim w Wilnie. Przeżyliśmy wspaniałe chwile wzruszenia. Odsłoniliśmy pamiątkową tablicę, którą Polacy chcieli mnie uhonorować. Miała zawisnąć na murze domu, w którym mieszkałem na Zarzeczu. Jednak wskutek protestów Litwinów dotąd tablicy nie udało się tam zamontować. Oni najchętniej wyrugowaliby wszelkie ślady polskości. A przecież przez tyle wieków tworzyliśmy wspólną historię i kulturę.

- Nie żałuje Pan rezygnacji z międzynarodowej kariery?

- Pewnie ówczesne polskie władze by do niej nie dopuściły. Ale ja na obczyźnie bym usechł. Nie mógłbym rozmawiać po polsku. Jestem Polakiem.

- Czy z ręką na sercu może Pan powiedzieć, że realizował się Pan w pełni w krajowych warunkach?

- Nie. Dużo rzeczy nie zaśpiewałem, do wielu miejsc nie pojechałem. Zablokowano np. moje tournée po zwycięstwie w Vercelli. Wszystko przez środowiskową zawiść. Kiedy patrzę na całe swoje śpiewanie, widzę, że ktoś mi cały czas przeszkadzał. Mówiono: Pięknie śpiewasz. I - do widzenia. Dzisiaj o wielu sprawach wreszcie wiem. Układają się w ciąg przyczynowo-skutkowy. Gdy miałem przez Pagart (instytucję wysyłającą polskich artystów za granicę) wyjechać na koncerty do Izraela, dokąd trzykrotnie mnie zapraszano - i ludzie tam na mnie czekali - zawsze wprowadzano zapraszających w błąd, że albo jestem chory, albo wyjechałem na koncerty, albo przygotowuję coś w kraju i jestem zajęty. Wyglądało na to, że ja te środowiska lekceważę, podczas gdy o zaproszeniach nie miałem zielonego pojęcia. Śpiewałem w ONZ - niemal w ogóle o tym nie pisano. A przecież to był zaszczyt.

- Uważa Pan, że na miarę takiego talentu można było osiągnąć więcej?

- Z różnych przyczyn na pewno nie. To był przecież bardzo trudny okres polityczny, gdy układy, donosy i anonimy ważyły na karierach. Mój talent i głos nie były w smak niektórym osobom i środowiskom. Tym bardziej że nie należałem do pokornych.

- Ale kochała Pana polska publiczność.

- I to było dla mnie najważniejsze.

* * *

Bernard Ładysz

Największy polski bas od czasów Adama Didura 24 lipca 2012 r. kończy 90 lat! Urodzony w Wilnie w 1922 r., miał 17 lat, kiedy wybuchła wojna. Był żołnierzem AK. Zesłany do obozu w Kałudze na Syberii, wrócił do kraju w 1947 r. Chciał być malarzem, został śpiewakiem. Pierwsze sukcesy zaczął odnosić jako solista Centralnego Zespołu Artystycznego Wojska Polskiego. W 1951 r. kończy studia muzyczne, zostaje zaangażowany do Teatru Wielkiego i na scenie Opery Narodowej śpiewa przez 29 lat. W 1956 r. w konkursie śpiewaczym w Vercelli zdobywa najwyższe wyróżnienie - III primo premio assoluto. W mediolańskiej La Scali śpiewa z Marią Callas. W 1959 r. w Londynie nagrywa z Callas operę „Łucja z Lammermoor” Donizettiego dla wytwórni Columbia. Jako pierwszy polski śpiewak nagrywa dla Columbii indywidualną płytę z ariami operowymi. Występuje na całym świecie. Śpiewa z największymi: oprócz Marii Callas, m.in. z jej słynną rywalką Renatą Tebaldi, a w Operze Wiedeńskiej z Elizabeth Schwarzkopf. W Warszawie robi furorę w kreacjach Mefista w „Fauście” Charles’a Gounoda i jako odtwórca tytułowej roli w „Borysie Godunowie” Modesta Musorgskiego. Do legendy przeszła też jego aria Skułoby w „Strasznym dworze” Stanisława Moniuszki. Brał udział w prawykonaniach utworów Krzysztofa Pendereckiego, m.in. „Pasji wg św. Łukasza”, „Jutrzni”, a także opery „Diabły z Loudun”. Był znakomitym odtwórcą partii Tewjego w musicalu „Skrzypek na dachu”. W 2008 r. otrzymuje doktorat „honoris causa” Akademii Muzycznej w Warszawie. Ostatnią płytą, jaką wydał, jest zbiór pieśni patriotycznych „A to Polska właśnie”. Ładysz uważa, że wstyd nie być patriotą. Jest obrońcą Telewizji Trwam i pamięci ofiar katastrofy smoleńskiej. Na kolejne miesięcznice tragedii smoleńskiej chodzi już jednak w imieniu ich dwojga jego żona - sopranistka Leokadia Rymkiewicz-Ładysz. Oboje również wytrwale uczestniczą w rozprawach sądowych w procesie, który Adam Michnik wytoczył Jarosławowi Markowi Rymkiewiczowi. Bernard Ładysz ma dwóch synów - Zbigniewa i Aleksandra. Obaj śpiewają. Pierwszy - barytonem, drugi - basem. Czcigodnemu Jubilatowi życzymy długich lat życia w zdrowiu i by oczarował nas swoim głosem jeszcze nie raz.

CZYTAJ DALEJ

O czym bzyczą pszczoły w ulu? Badacze tłumaczą pszczele sygnały

2020-08-06 07:53

[ TEMATY ]

pszczoła

Adobe Stock.pl

Tańce wywijane i wydzielanie feromonów to nie jedyne sposoby komunikacji pszczół. W niektórych sytuacjach, np. przed wyjściem trutni z ula czy kiedy matka składa za mało jaj, pszczoły dają sobie sygnały za pomocą drgań skrzydeł - pokazują badania polskich naukowców.

Naukowcy z Uniwersytetu Rolniczego w Krakowie przyglądają się życiu pszczół z bardzo bliska - obserwują je w ulach obserwacyjnych o przeszklonych ścianach, za pomocą kamery rejestrującej 3000 klatek na sekundę (w takim filmie owady poruszają się 100 razy wolniej niż na zwykłym filmie).

"Dzięki temu udało nam się zaobserwować takie zachowania pszczół, które nigdy wcześniej nie były obserwowane. Jest duża szansa, że je zrozumiemy” - mówi w rozmowie z PAP badacz pszczół prof. Adam Tofilski z UR.

Na razie to badania podstawowe, ale naukowiec ma nadzieję, że kiedyś dzięki nim będzie można np. automatycznie wykrywać, że pszczoły szykują się do rójki. A to ułatwiłoby życie pszczelarzom, dla których rójka zwykle oznacza straty.

"Pszczoły żyją w społeczeństwach składających się z matki i tysięcy robotnic. W takiej rodzinie pszczelej - aby praca była bardziej efektywna - potrzebna jest komunikacja i wymiana informacji" - tłumaczy prof. Tofilski.

Kilkadziesiąt lat temu odkryto, że pszczoły porozumiewają się za pomocą tzw. tańca wywijanego. Na odcinku kilku centymetrów pszczoła biega po plastrze machając odwłokiem, a następnie zawraca i powtarza to zachowanie. Te roztańczone rozmowy dotyczą głównie jedzenia. "Pszczoły przekazują sobie informację, w którym kierunku i na jaką odległość trzeba polecieć, aby dotrzeć do pokarmu" - tłumaczy entomolog. I zwraca uwagę, że to jak dotąd jedyny "język" zwierząt, który udało się tak dobrze zrozumieć.

Innym sposobem przekazywania informacji w ulu są zapachy - feromony. I tak np. pszczela matka wydziela tzw. substancję mateczną. Jeśli zapach ten zniknie, jest to sygnał dla robotnic, że powinny wychować matkę zastępczą z jednej z larw. Inne feromony - tzw. feromony alarmowe - pszczoły uwalniają z kolei, kiedy są zagrożone.

Od dawna wiadomo było, że pszczoły porozumiewają się za pomocą wibracji. Widuje się np., że jedna pszczoła chwyta czasem inną pszczołę i jakby nią potrząsa. "Kiedy obserwowaliśmy to w zwolnionym tempie, zauważyliśmy jednak, że towarzyszą temu niewielkie ruchy skrzydeł” - mówi prof. Tofilski. I dodaje, że on i dr Sylwia Łopuch jako pierwsi na świecie zarejestrowali to na filmie.

Jak opisuje, czasem sygnały te daje się słyszeć jako bzyknięcia. Bez superszybkiej kamery nie można mieć jednak pewności, która z pszczół wydała ten dźwięk.

Kiedy naukowcy zaczęli się przyglądać różnym momentom w życiu ula, okazało się, że do takich wibracji dochodzi w różnych kontekstach. I tak drgania skrzydeł można zaobserwować u młodych matek pszczelich przygotowujących się do lotu godowego. Robotnice mogą też używać wibracji w pobliżu trutni, kiedy późnym latem wypędzają je z ula. Również i trutnie "bzyczą”, kiedy mają wylecieć z gniazda (w odróżnieniu od trutni zbyt młodych, by udać się na lot godowy). Takie machnięcia skrzydełek są też elementem każdego pszczelego tańca.

Pszczoły poruszają też skrzydłami w kontaktach z matką. Tzw. świta matki może przekazywać jej za pomocą drgań skrzydeł sygnał, żeby składała więcej jaj. Prof. Tofilski i dr Sylwia Łopuch sprawdzali to, zabierając z ula pszczele jaja i larwy. Po tym zdarzeniu świta matki częściej w jej otoczeniu przekazywała matce sygnały wibracyjne, jakby ponaglając ją do nadrobienia strat. Wyniki badań jeszcze czekają na publikację.

Wiadomo także, że pszczoły przekazują sobie sygnały z pomocą wibracji, kiedy przygotowują się do rójki. W tym czasie robotnice budują mateczniki, w których rozwijają się nowe matki pszczele, a stara matka i część rodziny odlatuje z gniazda. W konsekwencji rójki produkcja miodu w ulu spada. Pszczelarze starają się nie dopuścić do wyjścia roju - poprzez niszczenie mateczników lub dzielenie rodziny pszczelej na dwie części. Aby jednak rójki nie przegapić, muszą systematycznie kontrolować ule.

Prof. Tofilski ma nadzieję, że badania nad wibracjami u pszczół pozwolą na przewidywanie rójki. Wtedy do ostrzegania przed nadchodzącą rójką będzie można wykorzystać system mikrofonów montowanych w ulu. Może więc kiedyś powstanie program analizujący dźwięki z ula i ostrzegający pszczelarzy, żeby rójki nie przegapili. Do tego potrzeba jednak wiele dalszych badań. "A rójkę badać jest trudno, bo rodzina pszczela roi się zwykle tylko raz w roku" - zwraca uwagę naukowiec.

Sygnały wydawane przez pszczoły najczęściej składają się z serii pulsów, a na każdy z nich przypada od kilku do kilkudziesięciu ruchów skrzydeł. Tylko u matek przygotowujących się do lotów godowych pulsy te są znacznie dłuższe. Mieszkające w ciemności pszczoły nie tyle widzą te ruchy skrzydeł czy je słyszą, ale raczej czują drgania, które wtedy powstają.

Badacz zaznacza, że większość z takich sygnałów przekazywanych w ulu jest znacznie prostsza niż - niosące jednak symboliczny przekaz - pszczele tańce. (PAP)

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję