Reklama

Kościół

Bp. Jarecki polemizuje z red. Chrabotą: chrześcijaństwo rozumiane tylko jako system moralny to nie chrześcijaństwo

- Chrześcijaństwo to nie „piękna opowieść o tym, wedle jakich wartości i zasad trzeba żyć, by nasz świat był normalny”. Chrześcijaństwo to nie wiara w wartości i zasady, ale relacja z Osobą. Chrześcijaństwo bez Chrystusa, sprowadzone tylko do systemu moralnego, bez transcendencji, bez wymiaru metafizycznego – to już nie jest chrześcijaństwo. – przekonuje bp Piotr Jarecki w odpowiedzi na tekst Bogusława Chraboty, zamieszczony w dodatku „Plus-Minus” (18-19 V 2019). Bp. Jarecki podkreśla, że tym, co pozostało przeżywającemu kryzys Kościołowi nie jest „trudny depozyt moralny” ale depozyt autentycznej wiary, która pozwala na zjednoczenie z Chrystusem, Bogiem, który zbawia.

[ TEMATY ]

bp Piotr Jarecki

ARTUR STELMASIAK

Publikujemy polemikę autorstwa bp. Piotra Jareckiego

Chrześcijański depozyt wiary

Lektura tekstu Bogusława Chraboty, zamieszczonego w ostatnim "Plus Minus" (18-19 V. 2019), zatytułowanego "Trudny depozyt moralny" wywołała we mnie zaskoczenie, zdziwienie a nawet wewnętrzny smutek. Podczas lektury przypomniałem sobie przesłanie książki Jeana Gittona "Przemilczanie istoty", w której słynny filozof francuski, przyjaciel św. Pawła VI, ekspert na II Soborze Watykańskim scharakteryzował współczesną kulturę jako tę, która stawia w centrum zainteresowania sprawy drugorzędne, istotne zaś pomija, lub przesuwa na margines życia. W swym krótkim tekście redaktor naczelny "Rzeczpospolitej" podejmuje temat sytuacji "polskiego Kościoła katolickiego" (napisałbym: Kościoła katolickiego, który jest w Polsce) po obejrzeniu filmu Sekielskich. Stwierdza, że panaceum na trudną sytuację kościoła i społeczeństwa w Polsce jest nie tyle powrót do przesłania metafizycznego czy transcendencji wiary, ile obrona trudnego depozytu moralnego. Sądzę, że jest to przemilczanie a może wypaczanie istoty chrześcijaństwa.

Reklama

W tekście jest wiele ogólnych stwierdzeń typu: "naprawdę trudno jest bronić polskiego Kościoła katolickiego w sprawie pedofilii księży"; film "może spowodować największy kryzys w historii polskiego katolicyzmu"; autor wierzy, "że to nic innego, jak powtórka z dziejów"; sądzi też, że "trwanie na przestrzeni dwóch mileniów, przynajmniej w głowach części przedstawicieli Kościoła hierarchicznego - utwierdziło przekonanie, że Kościół instytucjonalny jest ponadczasowy... historia pokazuje, że upadały największe imperia i umierały w agonii najtrwalsze na pozór porządki religijne"; stwierdza też, że "Kościół strukturalny jest słaby jak nigdy w swoich dziejach". Jak widać poruszonych jest wiele wątków, które może warto by przedyskutować, gdyż każdy z poruszonych problemów nie ma przecież jednozdaniowego rozwiązania. Lektura tekstu wywołała we mnie myślowy chaos. Lecz nie on był głównym powodem wewnętrznego smutnego zdziwienia i niepokoju.

Punktem kulminacyjnym tych wewnętrznych doznań była końcowa część tekstu Bogusława Chraboty. Autor pyta: "Cóż więc zostało? Przesłanie Metafizyczne? Transcendencja?" I odpowiada: "Niestety, te otchłanie z natury są dostępne dla nikłego procentu wybranych. Najważniejszy jest moim zdaniem depozyt moralny. Piękna opowieść o tym, wedle jakich wartości i zasad trzeba żyć, by nasz świat był normalny". Zapewnia też, że "świetnie to rozumie papież Franciszek", nie rozumieją zaś tego polscy biskupi. Redaktor naczelny zastrzega się jednocześnie, że nie jest wrogiem biskupów, może nie obecnych, ale przyszłych, którzy "będą musieli obronić chrześcijański depozyt moralny". Autor stawia końcowe pytanie - licząc na polemiki: "jeśli nie chrześcijański depozyt moralny, to jaki?".

Otóż odpowiadam: Nie "trudny depozyt moralny", ale "chrześcijański depozyt wiary". Można to ująć inaczej: Nie "trudny depozyt moralny", ale "wyzwalający depozyt wiary". Co przez to rozumiem. Nie tyle ja - osoba prywatna, która od z górą 25 lat jest biskupem - ale jak to rozumie Kościół nauczający, którego naukę podzielam.

Reklama

Tekst redaktora Chraboty zrozumiałem jako propagowanie chrześcijańskiego modelu życia - bez Chrystusa, chrześcijaństwa sprowadzonego do systemu moralnego, bez transcendencji, bez wymiaru metafizycznego. To już nie jest chrześcijaństwo! Gdyż przy takim ujęciu pozbawiamy go głównego źródła, trwałego fundamentu.

Chrześcijaństwo nie jest przede wszystkim wiarą w wartości i zasady. One są czymś wtórnym. Chrześcijaństwo jest wiarą w osobową relację: człowiek - zbawiający Bóg. Chrześcijaństwo nie jest przede wszystkim wiarą w wartości i zasady. One są czymś wtórnym. Chrześcijaństwo jest wiarą w osobową relację: człowiek - zbawiający Bóg. I ta relacja jest w chrześcijaństwie najważniejsza. My wierzymy w Osobę, która konkretnymi wartościami i zasadami się w życiu kierowała i uzdalnia swoich wyznawców, by byli Jej naśladowcami. Chrześcijaństwo nie jest religią Księgi, gdzie zawarte są wartości i zasady życia. Jest religią Osoby - Boga Człowieka - który jest jedynym Zbawicielem człowieka i świata. I tym co najważniejsze w wierze, religijności a zatem moralności chrześcijańskiej jest wejście w intymną relację z tą Osobą, przebywanie i życie z Nią. Z tego związku wypływa cały system etyczny, którym kieruje się człowiek wierzący w życiu. Jeśli tego nie będzie, to "piękna opowieść o tym, wedle jakich wartości i zasad trzeba żyć, by nasz świat był normalny" będzie tylko "miedzią brzęczącą i cymbałem brzmiącym" - wedle słów św. Pawła. Nawet jeśli ta piękna opowieść zrobi na kimś wrażenie, to nie będzie on miał siły, aby wprowadzić ją w codzienność życia. I to jest może nasz dzisiejszy, największy problem. Powiedzmy sobie szczerze: czy ludzie popełniający haniebne czyny, np przestępstwa pedofilskie, zarówno duchowni jak i świeccy, nie słyszeli po wielokroć "pięknych opowieści o wartościach i zasadach"? Niektórzy z nich nawet te "piękne opowieści" głosili. I dlaczego dopuszczali się tych karygodnych czynów? Bo zabrakło fundamentu. Wyschło źródło. Zerwali kontakt z Tym, który uzdalnia do godnego życia. Przyczyną jest kryzys duchowości, wewnętrznego życia w łasce Bożej, życia w komunii z Bogiem. Ale czy współczesna kultura, cywilizacja, czy współczesne media tworzą klimat sprzyjający trosce o tę sferę życia ludzkiego? Mam nieraz wrażenie, że w mediach coraz bardziej "trendy" jest deklaracja ateizmu czy agnostycyzmu. Wyznanie wiary, troska o duchowość, o łączność z Bogiem przestały być interesujące. Wymowne jest jak szybko zapomnieliśmy esej Benedykta XVI poświęcony tym kwestiom! Nie spotkałem się z poważnym omówieniem tego tekstu ani z pogłębionymi nad nim dyskusjami.

Rozumiem, że redaktor Chrabota łączy autentycznie rozumiane chrześcijaństwo z przesłaniem metafizycznym, transcendencją. Mówi, że "te otchłanie" dostępne są tylko dla szczupłego grona wybranych, dlatego powinniśmy je pominąć i zająć się tylko depozytem moralnym. Otóż nie zgadzam się z tym. Kryterium ilościowego nie powinniśmy przedkładać nad kryterium prawdy! Prawdy dotyczącej samej istoty wiary, religijności i stylu chrześcijańskiego życia. To nie ludzie są autorami wiary i religii chrześcijańskiej. Zostały nam one objawione przez Boga. Nie są zmieniającą się teorią. Są faktem, wydarzeniem, który ma swoje także moralne konsekwencje.

Z komentowanego przeze mnie tekstu wynika, że za pierwszeństwem depozytu moralnego opowiada się papież Franciszek i powinni tego pierwszeństwa bronić i je promować polscy biskupi, jeśli nie obecni to ich następcy. Gdyby to była prawda, byłbym bliski załamania. Powiem wprost! W żadnej wypowiedzi Franciszka nie znalazłem wyrażenia takiej koncepcji chrześcijańskiego życia. Taka koncepcja nie jest prawdziwa! Wielokrotnie papież mówi: bardziej mistycy niż asceci! W swym ważnym wystąpieniu do Kościoła Katolickiego we Włoszech, podczas V Narodowego Zjazdu Kościoła Włoskiego, które wygłosił 10 listopada 2015 r. we Florencji, zatytułowanym "Nowy humanizm w Chrystusie Jezusie", Franciszek za dwa największe niebezpieczeństwa, dwie pokusy współczesnego chrześcijaństwa uznał neognozę i neopelagianizm. Ciągle do tego powraca. Polecał ten tekst do ponownego rozważenia biskupom włoskim, podczas 73 Zgromadzenia Generalnego Konferencji Episkopatu Włoch - 20 maja br. W wystąpieniu skierowanym do Papieskiego Instytutu Misji Zagranicznych (Watykan, 20 maja br.) Franciszek mówił: "Ewangelizacja jest głoszeniem Jezusa Chrystusa, świadectwem o Nim - zabitym i zmartwychwstałym. To On człowieka przyciąga (attrae)". I dalej: "Chodzi o to, by Jezus był widoczny w mojej osobie, w moim zachowaniu. Chodzi o to, by otworzyć przestrzeń mojego życia dla Jezusa". Zacytował słowa św. Pawła VI z adhortacji "Evangelii nuntiandi": "Nie ma prawdziwej ewangelizacji jeśli nie jest proklamowane Imię, nauczanie, życie, obietnice, Królestwo, tajemnica Jezusa z Nazaretu - Syna Bożego" (n. 22). Taki wymiar życia powinniśmy rozwijać, jeśli chcemy rozwiązywać nasze polskie - osobiste i społeczne - problemy a nie tylko wsłuchiwać się w "piękną opowieść o wartościach i zasadach".

Kiedy czytałem tekścik redaktora Chraboty przypomniał mi się mój niedawny pobyt na Uniwersytecie w Oxfordzie - Campion Hall. Wpadła mi wtedy w ręce książeczka autorstwa długoletniego kapelana Uniwersytetu Oxfordzkiego Briana Mountforda zatytułowana: "Christian Atheist. Belonging without Believing". Chodzi o ludzi, których pociąga język, etyka, sztuka, wspólnota, ale nie chcą, czy nie potrafią przyjąć i zaakceptować metafizyki i dogmatów. Jest to niestety dzisiaj rozpowszechniona tendencja tzw. chrześcijaństwa bez Chrystusa, czy chrześcijaństwa kulturowego, szczególnie modnego wśród elit. Niewątpliwie ma ono jakąś wartość. Ale rozmija się z istotą. Jestem przekonany, że bez Chrystusa pozostaje ono tylko jakimś surogatem, który z "sercem" chrześcijaństwa niewiele ma wspólnego. Coraz częściej dostrzegalną formą takiego przeżywania chrześcijaństwa jest postawa człowieka "praktykującego, ale nie wierzącego".

Przed ponad stu laty przestrzegał przed tymi redukcjonistycznymi tendencjami w chrześcijaństwie filozof i mistyk prawosławny Włodzimierz Sołowjow w broszurce "Krótka opowieść o Antychryście". Chodzi o niebezpieczeństwo zredukowania chrześcijaństwa tylko do doczesności, do etyki, z pominięciem wymiaru nadprzyrodzonego. Nawiązał do tego Benedykt XVI w książce "Jezus z Nazaretu" oraz kard. Giacomo Biffi, w rekolekcjach głoszonych dla Benedykta XVI i Kurii Rzymskiej w 2007 roku. Warto z tymi publikacjami się zapoznać.

Ale żeby zakończyć pozytywnie. Jest wielu ludzi, którzy rozumieją, co należy do istoty chrześcijaństwa. Oczywiście powinni rozumieć to przede wszystkim duchowni i tego nauczać. Jest wielu ludzi świeckich - także ludzi kultury - rozumiejących, co jest sercem chrześcijaństwa. Przed laty - podczas kilkumiesięcznego pobytu w Vichy - napotkałem książeczkę znanego aktora Michaela Lonsdalea zatytułowaną "Jesus, J y crois". Ten popularny, sympatyczny aktor francuski opisuje jak Jezus "doucement" wchodził do jego życia. Opisuje radość płynącą z odkrywania i kochania Jezusa. Pisze: "Ludzki wymiar życia powinniśmy czynić Ciałem i Krwią Pana. Hostia - to jest człowiek, ponieważ Pan Jezus nie przebywa z nami, by być tylko w tabernakulum. Jest wśród nas, by być dla nas zaczynem, który nas przebóstwia i przekształca w Niego. Prawdziwym tabernakulum jest człowiek". Zaiste Michael Lonsdale rozumie istotę chrześcijaństwa.

Odpowiadam więc na pytanie redaktora Chraboty: Nie tyle trudny depozyt moralny ile chrześcijański - wyzwalający depozyt autentycznej wiary. Bo tylko taka wiara działa przez miłość, nie jakąkolwiek - ale Chrystusową. Mandatum novum. I końcowe pytanie: czy możemy ostać się chrześcijanami pomijając nauczanie Chrystusa? A On naucza: "Podobnie jak latorośl nie może przynosić owocu sama z siebie - jeśli nie trwa w winnym krzewie - tak samo i wy, jeżeli we Mnie trwać nie będziecie. Ja jestem krzewem winnym, wy - latoroślami. Kto trwa we Mnie, a Ja w nim, ten przynosi owoc obfity, ponieważ beze Mnie nic nie możecie uczynić" (J 15, 4-5). Krzewem winnym jest Pan Jezus, my jesteśmy zwykłymi latoroślami, które przynoszą owoc tylko wtedy, gdy są zjednoczone z winnym krzewem i kiedy - w postawie permanentnej wdzięczności - pozwalają na napełnianie się nowym życiem Chrystusa Zmartwychwstałego.

2019-05-22 14:52

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Bp Piotr Jarecki: Nasz katolicyzm jest zbyt kultyczny, kard. Wyszyński chciał by był bardziej społeczny!

[ TEMATY ]

kard. Stefan Wyszyński

bp Piotr Jarecki

ARCHIWUM

- Misja Kościoła nie może być równoległa do misji świata, ale powinna przenikać rzeczywistość tego świata. I kardynał Wyszyński właśnie o tym dziś nam przypomina – mówi w wywiadzie dla KAI bp Piotr Jarecki, jeden z najlepszych w Polsce znawców katolickiej nauki społecznej. Rozmowa jest próbą odczytania aktualności społecznego nauczania kard. Stefana Wyszyńskiego w dzisiejszych warunkach oraz ich aplikacji do wyzwań przed jakimi stoi Kościół w Polsce.

Marcin Przeciszewski, KAI: Jakie główne akcenty Ksiądz Biskup dostrzega w myśleniu i nauczaniu społecznym Prymasa Tysiąclecia?

Bp Piotr Jarecki: Główną moją myślą jest to, że pomimo, iż mam 40 lat kapłaństwa i 26 biskupstwa, to za mało zajmowałem się myślą kard. Stefana Wyszyńskiego. Dotyczy to zresztą nie tylko mnie, ale i całego Kościoła w Polsce. A tymczasem dzisiaj jego sposób przeżywania wiary i styl wypełniania misji jest nam bardzo potrzebny.

- A w jakim sensie?

- Nasz katolicyzm jest zbyt kultyczny. Za mało zajmujemy się tym, co nazywamy „teologią rzeczywistości ziemskich”. Nazywam to realizacją ducha inkarnacji. Bo przecież nie wierzymy w Boga – ideę, ale w Boga wcielonego. W Boga, który działa w historii. A więc wiarę należy przeżywać w tej konkretnej rzeczywistości w jakiej żyjemy. Misja Kościoła nie może być równoległa do misji świata, ale powinna przenikać rzeczywistość tego świata. I kardynał Wyszyński właśnie o tym dziś nam przypomina.
Sądzę, że dziś Prymas Tysiąclecia powiedziałby mniej więcej tak: „Nie zamieńcie wiary w czystą teorię i nie zamieńcie misji Kościoła w jakiś angelizm oderwany od rzeczywistości”. Starajmy się więc rzucić światło wartości ewangelicznych na konkretną rzeczywistość społeczną jaka nas otacza: polityczną, gospodarczą i kulturową, i narodową. Powinniśmy wypracowywać konkretne rozwiązania, inspirując się oczywiście wartościami ewangelicznymi. To jest dla mnie główna nauka, którą wyprowadzam ze spuścizny kard. Wyszyńskiego. On dokładnie to pokazywał całym swoim życiem.

- Ale postarajmy się to pokazać bliżej, jak on to ukazywał? Na jakie elementy czy cegiełki można jego nauczanie społeczne rozłożyć?

- Kard. Wyszyński dokonywał syntezy Katolickiej Nauki Społecznej (KNS) z konkretną rzeczywistością społeczno-polityczną i kulturową naszej ojczyzny tamtych czasów. Tymczasem na kard. Wyszyńskiego zawsze patrzyliśmy porównując go z kard. Wojtyłą w taki oto sposób: Wojtyła – wysublimowany intelektualista, a Wyszyński to pastoralista, zwolennik Kościoła ludowego... Przynajmniej ja tak to przeżywałem.
Natomiast kiedy czytam jego wystąpienia, dochodzę do wniosku, a nawet nieraz się dziwię, jak głęboko kard. Wyszyński nie tylko znał nauczanie społeczne Kościoła, ale potrafił je adoptować do otaczającej rzeczywistości. A szczególna wartość jego nauczania polegała na tym, że nie były to cytaty z dokumentów czy papieskich encyklik społecznych, ale głęboka synteza zasad katolickiej nauki społecznej z aktualnymi wyzwaniami i „znakami czasu”. Podobny styl prezentuje dzisiaj papież Franciszek. Wyszyński niewątpliwie był intelektualistą, ale nie był oderwany od rzeczywistości.
A to tego przygotowało go życie, a także okres przedwojenny. Pamiętamy jego zaangażowanie we Włocławku, kiedy nie tylko był redaktorem naczelnym znakomitego pisma „Ateneum Kapłańskiego”, ale działał w chrześcijańskich związkach zawodowych. Znał rzeczywistość trudnego życia robotnika. Upominał się o prawa robotników chodząc jako ksiądz do właścicieli zakładów pracy. Znał szarość życia ludzi ciężkiej pracy fizycznej i walczył o ich prawa.

- Dlatego przypięto mu wtedy łatkę „czerwonego księdza”...

- Oczywiście, że mu przypięto. Kard. Wyszyński już od tamtych czasów, przez cale życie głosił niezbywalną godność człowieka. Mówił konkretnie o „przyrodzonej godności człowieka”. Odnosił to do obrazu Boga w każdym z nas, do Bożego ojcostwa. I to jest praźródło, dlaczego mówimy, że każdy człowiek, każdy z nas, ma tak wzniosłą godność. Obojętnie czy jest to szary robotnik czy wysublimowany intelektualista – ich godność jest taka sama. Kard. Wyszyński mówił dosłownie: czy to jest pijak, który leży w rowie, czy to jest człowiek cnotliwy - mają oni taką samą godność.
Jest to niesamowita nauka, obawiam się, że dziś nie potrafimy jej realizować. A realizował to także w niełatwej praktyce własnego życia, kiedy był więziony, internowany. Kiedyś powiedział, że modli się za Bieruta, który go prześladował. Nikogo nie nienawidził – widocznie miał taką łaskę, którą wyprosił u Boga. Starał się miłować nawet największych wrogów, którzy mu tyle zła wyrządzili, którzy otwarcie walczyli z Kościołem.

- Pius XI w encyklice „Quadragesimo anno”, którą w młodości studiował ks. Wyszyński, apelował o tworzenie chrześcijańskiego ustroju społecznego jako „trzeciej drogi” pomiędzy liberalnym kapitalizmem a socjalistycznym kolektywizmem . Jak to postrzegał przyszły prymas?

- Jest to dość złożona kwestia. Wyszyński miał przed wojną wiele wystąpień do robotników nt. kapitalizmu i kolektywizmu. A po którymś z jego wykładów jeden z robotników zabrał głos i mówi: „Księże Doktorze, wedle tego, co Ksiądz powiedział, to i kapitalizm jest do cholery i kolektywizm jest do cholery. Zostaje więc nam powiesić się!” A Wyszyński odpowiada: „Nie spiesz się z tym, kiedy po wakacjach przedłożę propozycję nauczania społecznego Kościoła, to na pewno nie będą ci przychodziły myśli o powieszeniu się”.
Co ciekawe, w jego nauczaniu nie zauważyłem tej propozycji, którą znajdujemy w encyklice „Quadragesimo anno”, czyli że Kościół proponuje tzw. trzecią drogę, pomiędzy kapitalizmem a socjalistycznym kolektywizmem: korporacjonizm. Wyszyński kilkakrotnie w swym nauczaniu mówi - co jest miodem na moje serce - że tak naprawdę, w ostatecznej analizie, kapitalizm i lewicowy kolektywizm – są wrogie człowiekowi. Jeden wpędza w niewolę zysku, a drugi w niewolę państwa. A ponadto kolektywizm wpędza także w niewolę materii, gdyż promuje ideologię „stachanowców”. Po wojnie słynne były memoriały Wyszyńskiego do partii i do rządzących, żeby nie zniewalali człowieka i nie przymuszali go do pracy w niedzielę. Tłumaczył, że jest to wbrew godności człowieka pracy. Uzdrowieńczy rzekomo system przejął naganne cechy kapitalizmu!
Stawiano mu pytanie, dlaczego prymas zajmuje się także tymi którzy należą do partii? A on odpowiadał: to jest moja misja, oni należąc do partii nie przestają być ludźmi. A moją misją, misją Kościoła, jest troska o godność każdego człowieka, partyjnego czy nie partyjnego. Każdy ma prawo i obowiązek pracy, ale ma także prawo do niedzielnego wypoczynku.
Kard. Wyszyński był krytyczny zarówno wobec kapitalizmu, który poznał dobrze przed wojną, a także wobec kolektywizmu i socjalizmu. Zwracał przede wszystkim uwagę, że państwo nie ma prawa narzucania wszystkim obywatelom jednej ideologii. Podkreślał, że państwo nie może także formować młodych w świetle jakiejś z góry narzuconej ideologii, tym bardziej ideologii ateistycznej. Sprzeciwiał się wyciąganiu młodych ludzi z rodzin, i kształtowaniu ich w ateistycznej szkole, co wtedy było powszechnie praktykowane, a na pewno promowane.
Krótko mówiąc, Wyszyński nie był zwolennikiem jakiejś „trzeciej drogi”, ale tego, co w nauce społecznej Kościoła nazywamy podmiotowością społeczeństwa: z czym nie liczy się ani kapitalizm, ani marksistowski i kolektywistyczny socjalizm. I całe jego nauczanie, od kiedy przyszło mu pełnić rolę prymasa aż do śmierci, było walką o podmiotowość społeczeństwa.

- Co rozumiał pod pojęciem podmiotowości społeczeństwa?

- Bogactwo zrzeszeń, które wypełniają przestrzeń społeczną między jednostką i rodziną a państwem. Kard. Wyszyński bardzo na to wskazywał. Mówił o różnych środowiskach i kulturowych i gospodarczych, które mają prawo do istnienia. Podkreślał, że z nimi musi liczyć się państwo i jego władze, że muszą w tym zakresie pozostawiać im swobodę. Uważał, że państwo nie może mieć monopolu. Mówił, że socjalizm i komunizm chce „zemleć tę różnorodność w swoich ideologicznych młynach”.
Przypomina mi się w tym momencie nauka Piusa XII nt. rozróżnienia między „bezkształtną masą”, a podmiotowością narodów, czy podmiotowością ludów. Wyszyński mówił dokładnie to samo, przestrzegał przed niebezpieczeństwem przeobrażenia podmiotowego społeczeństwa czy narodu - który ma swoją kulturę, język, zwyczaje i swoje terytorium - w rodzaj bezkształtnego monolitu. Masy, z którą można robić co się chce i dowolnie nią manipulować.
Takie spojrzenie ks. Wyszyński wyniósł jeszcze z KUL-u, był przecież uczniem ks. prof. Antoniego Szymańskiego, nestora katolicyzmu społecznego w Polsce, a później w tym pomogła mu roczna wędrówka po najlepszych katolickich środowiskach uniwersyteckich Belgii, Holandii, Francji, Szwajcarii i Włoch.

- Wskazałbym jeszcze jeden wątek nauczania kard. Wyszyńskiego: jest to praca jako droga ku uświęceniu. Chyba najsilniej został on zarysowany w jego książce: „Duch pracy ludzkiej”, która wydana została niedługo po wojnie.

- Widzę tam wiele treści, które odnajdujemy później w encyklice „Laborem exercens” Jana Pawła II. Czytając „Duch pracy ludzkiej”, dotykamy kwestii teologii rzeczywistości ziemskich, czyli przeżywania wiary nie tylko poprzez różaniec, nie tylko w kościele czy na Mszy św. Wyszyńskiemu nie chodzi o żaden katolicyzm kultyczny, ale o dostrzeżenie pracy jako świeckiej dziedziny życia, poprzez którą mamy realizować to pierwsze i zasadnicze powołanie człowieka, jakim jest powołanie do świętości. Przecież każdy człowiek najwięcej czasu poświęca właśnie w pracy. Wyszyński zadaje pytanie, czy z tej pracy wychodzę lepszym czy gorszym człowiekiem, niezależnie od tego czy jestem dyrektorem czy zwykłym robotnikiem? Ze smutkiem zauważa, podobnie jak Pius XI, że niestety ludzie przez pracę często się upadlają, stają się gorsi.
Na te wyzwania Wyszyński odpowiada, publikując książkę „Duch pracy ludzkiej”. Pracę człowieka odnosi do Boga, który stworzył świat i który sam pracował. Ukazuje dalej mistykę pracy, jako drogę wzrostu i doskonalenia się człowieka, drogę do Boga i do budowania rzeczywistości ludzkiej. Chodzi mu o to, abym to ja poprzez pracę kształtował się wewnętrznie, abym zbliżał się przez nią do Pana Boga i do drugiego człowieka. Bym zacieśniał z nim więzy wspólnoty. Praca właściwie rozumiana, wykonywana i zorganizowana może być modlitwą.

- Jest chyba duże podobieństwo takiego myślenia z założycielem „Opus Dei”, ks. Josemaria Escrivá de Balaguer, który zresztą opublikował w Hiszpanii tłumaczenie tej książki ks. Wyszyńskiego?

- Faktycznie dla „Opus Dei”, na ile się orientuję, jest to jeden z centralnych elementów ich duchowości. Rzeczywiście istnieje tu bliskie pokrewieństwo z kard. Wyszyńskim. Takie właśnie pojmowanie ducha pracy ludzkiej starałem się zaszczepić na gruncie Akcji Katolickiej w Polsce i - szczerze mówiąc - nie za bardzo mi to wyszło. A chodzi o to, żeby tę świecką dziedzinę, dziedzinę rzeczywistości ziemskich, traktować jako istotną świecką drogę do świętości.
Zresztą, gdyby młody ks. Stefan Wyszyński nie był doskonałym ekspertem od tego co dziś nazywamy teologią rzeczywistości ziemskich, to kard. August Hlond nie powołałby go do Rady Społecznej przy Prymasie Polski. Kard. Hlond widział, że młody ks. Wyszyński nie tylko się na tym znał, ale tym głęboko żył. A widząc jego sposób myślenia i sposób nauczania, mógł go również wskazać na swego następcę jako metropolitę warszawskiego i gnieźnieńskiego.

- W 1967 r. kard. Wyszyński ogłasza Społeczną Krucjatę Miłości. Jakie znaczenie ma ten program?

- Społeczna Krucjata Miłości to niezmiernie ważny element w nauczaniu prymasa Wyszyńskiego. Ja sam dopiero niedawno to odkryłem. Pierwszy raz użył tego określenia w kościele na Kamionku na warszawskiej Pradze. Powiedział, że Polsce potrzebna jest Społeczna Krucjata Miłości a – nawiązując do swego poprzednika kard. Hlonda – dodał, że „zwycięstwo jeśli przyjdzie, to przyjdzie przez Maryję”. Mówił, że pragnie być wykonawcą tej woli, testamentu swego poprzednika, ponieważ kard. Hlond pierwszy użył tego określenia: „społeczna krucjata miłości”.
A w liście na Wielki Post 1967 r. ogłosił program Społecznej Krucjaty Miłości. Pisał w nim: „Pragniemy podjąć pracę nad wprowadzeniem w życie ducha Soboru Watykańskiego II i Ślubów Narodu. Zaczynamy pracę, która potrwa długie lata. Prowadzić ją będziemy w Społecznej Krucjacie Miłości. Kardynał Wyszyński pragnął, aby społeczeństwo podejmowało walkę z otaczającym złem poprzez przemianę swoich serc. Jest to więc program odnowy życia codziennego, zaproszenie do oddziaływania miłością w rodzinie, w domu, w pracy, wśród przyjaciół i nieprzyjaciół, wszędzie. Tak, aby zacząć przemieniać świat od siebie, od najbliższego otoczenia.
Sformułował dwanaście wskazań duchowej odnowy. A w jednym z kolejnych listów, bodajże w 1968 r. po raz kolejny wyjaśniał sens tego dzieła, polemizując z opiniami, że krucjata wydaje się czymś przestarzałym i kryje w sobie konflikt, walkę, może nawet i nienawiść. Tłumaczył, by nie bać się tego określenia, gdyż chodzi tu o krucjatę pojmowaną jako walkę człowieka przede wszystkim ze swoimi własnymi słabościami. Wyjaśniał, że jeżeli tej walki nie podejmiemy, to nie zawracajmy sobie głowy żadnymi zmianami strukturalnymi. Wzywał do wypełnienia pojęcia miłości bardzo konkretną treścią. Nawiązywał do tego, co mówimy na początku każdej Mszy św., czyli abyśmy nie ranili bliźnich oraz Boga: myślą, mową, uczynkiem a także i zaniedbaniem. Najpierw ujął to w formie 12 wskazań, zamienionych później w 10-punktowe ABC Społecznej Krucjaty Miłości.

- Jakie były to konkretnie wskazania? Może warto je dziś przytoczyć w całości?

- Proszę bardzo, oto one:
1. Szanuj każdego człowieka, bo Chrystus w nim żyje. Bądź wrażliwy na drugiego człowieka, twojego brata.
2. Myśl dobrze o wszystkich - nie myśl źle o nikim. Staraj się nawet w najgorszym znaleźć coś dobrego.
3. Mów zawsze życzliwie o drugich - nie mów źle o bliźnich. Napraw krzywdę wyrządzoną słowem. Nie czyń rozdźwięku między ludźmi.
4. Rozmawiaj z każdym językiem miłości. Nie podnoś głosu. Nie przeklinaj. Nie rób przykrości. Nie wyciskaj tez. Uspokajaj i okazuj dobroć.
5. Przebaczaj wszystko, wszystkim. Nie chowaj w sercu urazy. Zawsze pierwszy wyciągnij rękę do zgody.
6. Działaj zawsze na korzyść bliźniego. Czyń dobrze każdemu, jakbyś pragnął, aby tobie tak czyniono. Nie myśl o tym, co tobie jest kto winien, ale co Ty jesteś winien innym.
7. Czynnie współczuj w cierpieniu. Chętnie spiesz z pociechą, radą, pomocą, sercem.
8. Pracuj rzetelnie, bo z owoców twej pracy korzystają inni, jak Ty korzystasz z pracy drugich.
9. Włącz się w społeczną pomoc bliźnim. Otwórz się ku ubogim i chorym. Użyczaj ze swego. Staraj się dostrzec potrzebujących wokół siebie.
10. Módl się za wszystkich, nawet za nieprzyjaciół.
A czytając dziś ten tekst myślę o tym, co Benedykt XVI napisał w swej encyklice „Caritas in veritate”. Mianowicie, że dzisiaj miłość jest jak „pusta skorupa”, którą każdy może wypełnić swą treścią, nawet tą, która jest zaprzeczeniem autentycznej chrześcijańskiej miłości. Społeczna Krucjata Miłości Wyszyńskiego, jest wypełnieniem treścią tej właśnie skorupy. Jeśli każdy z nas poważnie traktuje miłość, to wie jak ma myśleć, jak czuć, jak traktować drugiego człowieka i jak się angażować w przemianę społeczeństwa. Miłość, wedle kard. Wyszyńskiego – to konkret, który warto i trzeba realizować, zaczynając od samego siebie. Społeczna krucjata miłości to jest dekalog rozumienia i realizowania miłości konkretnej, miłości egzystencjalnej, stylu życia, kultury życia. To jest dekalog nadawania konkretnego kształtu życiowego pięknej, wzniosłej idei miłości. Nie tylko poryw serca i wzburzenie emocji, ale praxis życia. Emocje odgrywają w tej praxis oczywiście niezwykle ważną rolę! Znowu wraca logika inkarnacji.

- W myśleniu społecznym kard. Wyszyńskiego ważne miejsce zajmowało również pojęcie narodu. Był twórcą „Teologii narodu”. Temat ten jest zawsze tematem gorącym, gdyż towarzyszyć temu będą posądzenia o nacjonalizm. Jak ujmował to Prymas Tysiąclecia?

- Jest to jeden z centralnych elementów jego nauczania. A jego „teologia narodu” podkreślała, że tak jak rodzina, tak samo i naród istnieje z woli Boga. Dla kard. Wyszyńskiego były to najbardziej naturalne wspólnoty, w których człowiek żyje, dojrzewa, realizuje się oraz uświęca. Co zresztą powinno być oczywiste dla każdego człowieka. Przypominał, że Jezus Chrystus był także członkiem konkretnego narodu. Ukazywał bardzo ścisły związek między rodziną, narodem i Kościołem - były to dla niego naczynia połączone.
Podkreślał, że siłą jednoczącą naród i nadającą mu tożsamość, jest kulturowa suwerenność. Przypominał, że kiedy nie było państwa, to Kościół przechowywał i pielęgnował te idee narodowe. Dodawał, że ta kulturowa suwerenność w Polsce przetrwała dzięki rodzinie. Dlatego te obie wartości warto jest podtrzymywać i pielęgnować. Rodzina i naród.
Ostrzegał, by nie rozpłynąć się w promowanym przez komunistów „internacjonalizmie”, który traktował jako poważne niebezpieczeństwo.
Pojmowanie narodu przez kard. Wyszyńskiego nie miało nic wspólnego z nacjonalizmem. W drugim „Kazaniu świętokrzyskim” z 1976 r. mówił: „Umiłowane dzieci Boże, jeżeli mówię o narodzie, o miłości do narodu, to pragnę, żebyście nigdy tego rozumieli jako popieranie przeze mnie jakiejś formy nacjonalizmu”. Podkreślał potrzebę otwartości na inne narody.
To był człowiek twórczy. Nie ograniczał się, jak niektórzy z nas, do cytowania fragmentów papieskich encyklik. Nauczaniu społecznemu Kościoła nadawał oryginalną formę, biorąc pod uwagę konkretną otaczającą rzeczywistość. Nauczanie to wyrażał podobnie jak Paweł VI w liście apostolskim „Octogesima adveniens”, który mówił, że zadaniem papieża nie jest danie konkretnej recepty, która będzie właściwa dla całego świata, lecz zachęcał do odpowiedzi na konkretne „znaki czasu” związane z daną kulturą i sytuacją życiową. W takim pojmowaniu społecznego nauczania Kościoła Wyszyński był bardzo nowoczesny, bliski duchowi Soboru Watykańskiego II.
Warto podkreślić inne nowatorskie elementy nauczania społecznego kard. Wyszyńskiego, które zostały zapomniane, a mogłyby być dziś cenną inspiracją. Kiedy np. mówił o programach demograficznych, a w latach 60-tych był już to problem w Polsce – to proponował rozważenie czy ojcu i matce, którzy maja 4 czy 5 dzieci nie dać kilku więcej głosów w wyborach, w odróżnieniu od tych, którzy mają jedno dziecko albo żadnego.
Następna sprawa, którą podejmował w swoich rozważaniach, to praca kobiet. Mówił, że zarzuca się Kościołowi, iż postrzega kobiety jako „pracujące w kuchni, zajmujące się dziećmi i chodzące do Kościoła” „Kinder, Kirche und Kueche”. Nie był zwolennikiem ograniczania kobiet do tego. Podkreślał, że kobieta ma prawo do pracy zawodowej, do kariery uniwersyteckiej, ale przy tym nie powinna rezygnować ze swej pierwotnej misji bycia żona i matką. Postulował nawet rozważyć, czy kobieta pracująca zawodowo na pół etatu nie powinna otrzymywać pensji za cały.

- Nawet dziś rządy „dobrej zmiany” nie idą tak daleko…

- Stąd wyciągam wniosek, że był to człowiek, który był oryginalnym myślicielem, rozwijającym tradycyjny kanon katolickiej nauki społecznej. Może lepiej powiedzieć, że nie ograniczał się to teorii, ale proponował konkretne rozwiązania praktyczne wskazań społecznego nauczania Kościoła w konkretnej rzeczywistości. I to mnie u niego fascynuje. Właśnie tego nam dzisiaj brakuje! Jesteśmy zbyt teoretyczni.

- Co w zakresie popularyzacji społecznej myśli kard. Wyszyńskiego może przynieść zbliżająca się jego beatyfikacja?

- Prorockim znakiem jest dla mnie to, że w spotkaniach z wykładowcami nauki społecznej Kościoła kard. Wyszyński mówił o wielkim kryzysie tej dyscypliny. Mówił, że wielu księży i świeckich chce być socjologami a nie interesują się nauką społeczną Kościoła. Dzisiaj jest to samo. Mamy wielu „specjalistów” politologów, a niewielu zajmujących się nauką społeczną Kościoła. Jako owoc beatyfikacji postulowałbym powołanie katolickiej Akademii Społecznej, szkolącej liderów ruchów, wspólnot i dzieł, nie wyłączając także i polityków. Akademia taka winna zgłębiać nauczanie społeczne kard. Wyszyńskiego, a przede wszystkim nauczanie społeczne Kościoła, które także dzisiaj jest w wielkim kryzysie. Powinniśmy upowszechnić w jej ramach nauczanie społeczne Kościoła przedłożone w Kompendium nauki społecznej Kościoła i ubogacić je nauczaniem zawartym w encyklice Benedykta XVI „ Caritas in veritate” oraz w encyklice Franciszka „Laudato si”.
Nawet duchowni nie za bardzo się tymi tematami interesują, a społeczeństwo tego nauczania po prostu nie zna. Do tego stopnia, że jeśli ktoś je prezentuje, naraża się na zarzut „mieszania się do polityki”. W wielu krajach takie akademie działają. Jestem przekonany, że powinien być to jeden z owoców beatyfikacji kard. Stefana Wyszyńskiego. Nie powinniśmy ograniczyć beatyfikacji do uroczystości kanonizacyjnej i do modlitewnego kultu. Jestem przekonany, że kard. Wyszyński byłby tym głęboko zasmucony. Smutku i cierpienia miał wystarczająco dużo na ziemi. Powiedział przecież: „moje życie było jednym Wielkim Piątkiem”. Nie przedłużajmy tego Wielkiego Piątku!

- Dziękuję za rozmowę.

CZYTAJ DALEJ

Kościół musi być przeźroczysty

2020-05-29 20:38

Agnieszka Bugała

Ks. Tadeusz Isakowicz - Zaleski podczas Forum Młodych w listopadzie 2019 r. we Wrocławiu

O tym, dlaczego wystąpił w filmie braci Sekielskich i co dalej z oczyszczaniem Kościoła z ks. Tadeuszem Isakowiczem – Zaleskim rozmawia Agnieszka Bugała


- Agnieszka Bugała: Księże, poprosiłam o tę rozmowę, bo po premierze drugiego filmu Sekielskich my, świeccy wierni, jesteśmy zdezorientowani. Z jednej strony słyszymy o zatrważającym procederze przenoszenia kapłanów-pedofili do innych parafii, z drugiej słyszymy, że samo mówienie o tym i wskazywanie winnych procederu jest szkodzeniem, szkalowaniem i atakiem na Kościół. Nie jestem dziennikarką śledczą, ale jako katolicki dziennikarz mam prawo zapytać katolickiego księdza, który zdecydował się wziąć udział w tym filmie, o powód.

- Ks. Isakowicz – Zaleski: Może mnie pani pytać o wszystko, zobaczymy co z tej naszej rozmowy uda się pani opublikować.

- Po emisji pierwszego filmu braci Sekielskich pt. „Tylko nie mów nikomu” reakcje hierarchów były różne – od prymasa, który za pedofilię w Kościele przepraszał, po abp. Sławoja Leszka Głódzia, który filmu nie widział, ale powiedział do jednej z kamer, że „ma inne zajęcia i nie ogląda „byle czego”. Okazało się również, że główny informator współpracujący z Sekielskim, Marek L. okazał się oszustem. Czy to Księdza nie zniechęciło do udzielenia twarzy i głosu sprawie?

- Uważam, że należy mówić na ten temat w różnych miejscach, nie tylko w tych, które są związane z Kościołem, ale także w tych, które są z dala od Kościoła, bo problem jest bardzo ważny i nie widzę przeciwskazań. Co do oszusta – to był jeden z elementów poprzedniego filmu, ale oprócz – zdemaskowanego zresztą – jednego oszusta, film pokazał wiele prawdziwych rzeczy w tej sprawie i dowiódł, że mówienie na ten temat ma ogromne znaczenie społeczne. Ja nie zgłosiłem się do udziału w filmie. To twórcy zgłosili się do mnie, przyjechali i nagrali moją wypowiedź. Warunek, jaki postawiłem to aby tego, co powiem nie cenzurować.

- Mam wrażenie, że poruszamy się na dwóch płaszczyznach – z jednej strony problem pedofilii w Kościele – i stosunek do niej wielu wydaje się być jasny – z drugiej – mówienie o problemie, zwłaszcza w przestrzeni publicznej, jest oceniane jako bezpośrednie uderzenie w Kościół.

- To najczęściej powtarzany błąd, niestety firmowany przez ludzi Kościoła. Nie uderza w Kościół ten, kto wskazuje i demaskuje zło, jakie ma miejsce, ale ten, kto próbuje to ukryć. Przenoszenie księży z parafii na parafię, lekceważenie ofiar i bólu, który im zadano – to jest uderzenie w Kościół. To wymaga oczyszczenia, naprawy.

- Filmy barci Sekielskich mają specyficzną konstrukcję. Po drugiej części widać, że jest to metoda, nie przypadek. Mam na myśli filmowanie ukrytą kamerą osób, które film pokazuje jako podejrzane, ale jeszcze nie skazane prawomocnym wyrokiem. A jednak w Polsce każdy, nawet przestępca z wyrokiem, ma prawo do ochrony swojego wizerunku. Podam przykład z dziennikarskiego podwórka: Kiedy robię materiał w więzieniu w Wołowie – a są tam osadzeni z dużymi wyrokami, to więzienie o zaostrzonym rygorze – muszę każdego z moich rozmówców poprosić o pisemną zgodę na fotografowanie i opublikowanie nie tylko jego twarzy, ale czasem tyłu głowy, bo jest tam, np. rozpoznawalny tatuaż. W filmie mamy zupełnie inne metody pracy. Czy Księdzu to nie przeszkadzało? Nagrywanie bez zgody rozmówców? Siostra zakonna, przyłapana kamerą w zakrystii, która się rozpłakała i pobiegła przed ołtarz?

- O ile pamiętam film, to osoby nagrywane ukrytą kamerą nie były wymieniane z imienia i nazwiska. Obejrzałem film i nie ma tam niczego, czego bym nie wiedział wcześniej.

Jeśli chodzi o siostrę zakonną, to uważam, ze zrobiono z niej kozła ofiarnego. Znam siostry zakonne, szanuję je i cenię, ale one są bezradne. W systemie polskiego Kościoła nie mają nic do powiedzenia. Opisywałem w rozmowie z Tomaszem Terlikowskim w książce pt. „Chodzi mi tylko o prawdę” w 2012 r. przypadek w diecezji krakowskiej – nawet zeznawałem w sądzie kościelnym w tej sprawie – że molestowania wobec ministranta dokonywał proboszcz, który ma gigantyczną teczkę w IPN, zwerbowano go z powodów homoseksualnych – świadkiem był wikary i siostra zakonna. Siostra zakonna złożyła zeznania, ale naciśnięto na nią, szybko je wycofała i została przeniesiona. Ale ja nie mam żalu do tej siostry, ten system tak działa. A w filmie? Cóż ta biedna siostra miała zrobić? Jeśli jakiś fragment w filmie miałbym zakwestionować, to właśnie ten. Ta scena nie była potrzebna, wszyscy w tej społeczności wiedzą kim jest siostra a ona nie była sprawcą, żeby ją nagabywać.

- Ale gdy chłopak z kamerą wchodzi do pustego korytarza to wiemy, z logiki filmu, kogo chce spotkać, zresztą później spotyka i nagrywa Arkadiusza H. w kaplicy szpitalnej…

- Tyle, że problem tego wszystkiego leży w zupełnie innym miejscu. Gdyby Kościół chciał, jasno, wyraźnie i skutecznie, zwalczyć pedofilię i wszystkie inne zażyłości, bo to nie jest jedyny nierozwiązany systemowo problem w Kościele, to byśmy takich filmów nie musieli kręcić. Dopóki nie ma odwagi tego przeprowadzić, to daje amunicję wszystkim innym środowiskom, także, albo przede wszystkim, nieprzychylnym Kościołowi. Podstawowym błędem Kościoła od roku 1990 – według mnie – jest grzech zaniechania. To było bardzo wyraźne widać przy sprawie abp Paetza w 2002 r. , oraz lustracji w 2006 r., gdy konkretni hierarchowie blokowali i tuszowali tę sprawę.

Pierwszy film braci Sekielskich, niezależnie jak byśmy to oceniali, powinien przynieść konkretne działania Kościoła. Niestety, nie przyniósł. Jeśli dziś mamy mieć do kogokolwiek pretensje – mówię to z pełną odpowiedzialnością – to nie do dziennikarzy, którzy są mniej, lub bardziej tendencyjni, ale do władz kościelnych, które tego nie zrobiły i nie widzą potrzeby oczyszczenia. Różne deklaracje, które padają, są deklaracjami pustymi, za którymi nie idzie żadne działanie. Dziś jesteśmy w sytuacji, w której Kościół sam sobie przygotował grunt pod to, że oddał pole innym osobom – które kręcą filmy, przygotowują publikacje, które wyjaśniają te sprawy. Bardzo wyraźnie odczułem to w roku 2006 r., gdy byłem zwolennikiem samolustarcji przez Kościół, ale kard. Dziwisz to zablokował, zamiótł pod dywan i przez 14 lat nic nie zrobił w tej sprawie. To samo w sprawie abp Paetza, dlatego te sprawy będą ciągle wracały, bo błąd jest po stronie Kościoła.

- Na czym polega ten błąd?

- Składają się na niego trzy elementy. Pierwszy to mentalność z czasów komunizmu, że Kościół jest oblężoną twierdzą i żadną miarą nie można rozwiązywać jego problemów w sposób jawny, publiczny. O ile w czasach komunizmu było to uzasadnione – Kościół był atakowany, był IV wydział SB, który zwalczał Kościół, itd. – to teraz już nie jest, przecież od 30 lat żyjemy w wolnym kraju, w wolnym państwie i nie ma żadnego powodu, żeby Kościół miał dalej stosować tę zasadę oblężonej twierdzy. Drugi powód to lekceważenie opinii publicznej. Wielokrotnie spotykałem się z takimi słowami: „Pokrzyczą dziennikarze, napiszą, wszystko ucichnie”. Ale jest trzeci, moim zdaniem bardzo ważny i o tym chciałem powiedzieć w filmie: zło pochodzi od tzw. mafii lawendowej, czyli księży, coraz liczniejszej grupy, homoseksualistów, powiązanych ze sobą w wielu sprawach, będących czasem dla siebie wzajemnymi partnerami, którzy tuszują nie tylko te sprawy – i to było widać przy lustracji, gdzie kard. Dziwisz wprost mi powiedział, że nie mogę pisać o homoseksualistach. Te trzy powody blokują możliwość oczyszczenia i nie widzę możliwości zmiany. Nie wierzę już w deklaracje księdza Prymasa. Bo cóż z nich wynika? Wychodzi godzinę po filmie… A jakby filmu nie było, to by nie było reakcji?

- Ale mamy też sytuację bez precedensu – po raz pierwszy, godzinę po filmie, który sugeruje popełnienie i ukrywanie przestępstwa w Kościele – dwóch hierarchów wydaje sprzeczne oświadczenia. Prymas mówi „że nie dochowano obowiązujących w Kościele standardów ochrony dzieci i młodzieży”, a kuria kaliska, w imieniu bp. Janiaka pisze w oświadczeniu, że „podjęta została współpraca z prokuraturą zgodnie z przepisami prawa karnego. Jednocześnie wszczęto wstępne postępowanie kanoniczne, powiadomiono Kongregację Nauki Wiary”…

- I to jest wielka radość dla tych, którzy wierzą, że tylko filmy Sekielskich są w stanie pokazać nie tylko przestępstwa, które Kościół ukrywa, ale też bezradność Kościoła. Bardzo słusznie to pani zauważyła, ale rodzi się pytanie: Na co Ksiądz Prymas czekał? Na film?

- Czy myśli Ksiądz, że Ksiądz Prymas wiedział wcześniej o tym niedopełnieniu, o którym mówi w oświadczeniu?

- Proszę pani, mogę powiedzieć z cała pewnością i zobaczy pani analogię – o lustracji i o problemach z homoseksualistami wiedzieli wszyscy po kolei dostojnicy kościelni, z którymi rozmawiałem, łącznie ze wspominamy już kard. Stanisławem Dziwiszem. Ale jaka była ich rada? „Wrzuć to pieca, na co ci to jest potrzebne, nikt się historią nie interesuje”, itd. Ale kiedy byłem uparty i dalej prowadziłem badania, to dwa razy kardynał zaatakował mnie publicznie – wysyłając komunikaty, dając zakaz publikowania. Gdyby Kościół sam chciał to zrobić, to by zrobił. „Nie widziałem, pierwszy raz słyszę” – to są takie wymówki, które w tych sprawach brzmią dziecinnie.

- Ksiądz jest historykiem, zna wartość dokumentów w przygotowaniu jakiejkolwiek publikacji, porozmawiajmy jeszcze chwilę o rzetelności warstwy dokumentacyjnej filmu, bo jednak po premierze Prokuratura Krajowa wydała ważne oświadczenie. Z dat, które prokuratora podała wynika, że we wrześniu 2019 r. wpłynął zarzut przeciw Arkadiuszowi H. W filmie wyemitowanym 17 maja 2020 r. nie pada ta informacja. Jest za to sugestia, że nie ma współpracy między kurią i prokuraturą. To rzuca cień na wiarygodność filmu, wręcz sugeruje manipulację faktami. Gdy odkrywamy elementy manipulacyjne, to tracimy zaufanie.

- A moje zaufanie do ludzi Kościoła, a jestem księdzem od 40 lat, podważają te wszystkie „nie wiem”, „nie słyszałem”, „nie jestem kompetentny”, „to tamten biskup”, „ja byłem tylko pomocniczym” – i tak piłeczka lata, a ofiar przybywa. Kościół jest instytucją, ma dwa tysiące lat i równocześnie jest to Kościół, który naucza – mówi politykom co jest dobre, a co złe, naucza społeczeństwo – ma rolę mentora, ma taki mandat i to jest rola, którą ja akceptuję i wspieram, ale jeśli zaczyna się wikłać w myślenie, że on funkcjonuje na innych zasadach i w gruncie rzeczy sam swoich orędzi nie wypełnia, to ja jestem zaniepokojony i będę reagował.

Wie pani, co mnie zaniepokoiło w tym filmie najbardziej? Odpowiedź biskupa Janiaka, który, w sądzie, na wyraźne pytanie, czy pan – forma jest tragiczna, ale tak do niego mówiono, niestety – wiedział o tych sytuacjach, odpowiada: „Nie mogę powiedzieć tak, i nie powiem nie”. To jest rzecz, która dyskwalifikuje go do dalszego bycia zarządcą diecezji.

- W jednym z wywiadów apelował Ksiądz, by podał się do dymisji…

- Dlatego, że podstawową zasadą ewangeliczną, której wymaga się od każdego kleryka, jest zasada „niech mowa wasza będzie ta-tak, nie-nie, a co jest nadto od diabła pochodzi”. Jeżeli biskup, w sądzie, w obecności kamer sądowych, mówi takie rzeczy, to znaczy, że on kompletnie odszedł od tej zasady. I to nie jest już taka kwestia, czy prokuratura wcześniej wiedziała, czy później. Ja patrzę na Kościół i widzę, że biskup nie potrafi powiedzieć prawdy publicznie, w sądzie. I to jest szok.

Ale jest jeszcze druga, szokująca wypowiedź w tym filmie, jednego z braci – że biskup powinien także troszczyć się od dusze krzywdzonych, którzy bardzo często, z tego powodu, odchodzą z Kościoła, a nie tylko dbać o los sprawcy. To wypisz wymaluj sytuacja moja sprzed 14 lat. Kiedy ja mówiłem o ofiarach to nie było ważne, najważniejsze było to, aby broń Boże sprawca nie poniósł konsekwencji. Kard. Dziwisz powołał w Krakowie komisję „Pamięć i Troska”, na której czele stanął Jan Szkodoń – dzisiaj sam ma problemy, bo jest oskarżany o zachowania pedofilskie – który wydał ogromny dokument. I w tym dokumencie nie ma ani jednego słowa „ofiara”, w ogóle to pojęcie nie istnieje! Istnieje pojęcie „dobro Kościoła”, troska, „by osoba nie została pomówiona” – i ja się z tym wszystkim zgadzam, ale nie ma słowa o ofiarach. Z moich rozmów z różnymi ofiarami, to są najczęściej ludzie dorośli, wynika, że mają największy żal do Kościoła o to, że nikt nie chce otoczyć ich ojcowską troską – jest procedura, paragraf, sztuczka, analiza, kto powiedział a kto nie powiedział, nie w tym terminie, nie pod ten adres napisał – to wszystko jest dobre dla adwokatów świeckich, ale nie dla Kościoła.

- Może dlatego, że w tych sprawach mamy do czynienia również z prawnikami, tyle, że kościelnymi?

- Ale pokrzywdzeni potrzebują w Kościele nie tylko sprawnych znawców paragrafów, ale pochylenia nad ich raną! To jest prawdziwa, głęboka istota Kościoła. Opowiem historię, która zobrazuje moją diagnozę tego problemu. Młoda kobieta, która była molestowana przez duchownego napisała do nuncjatury. Dostała odpowiedź, po wielu miesiącach, że może zeznawać. I rzeczywiście, pojechała do Warszawy, nuncjusz ją przyjął, wszystko zgodnie z protokołem i konfrontacja – komisja pięciu księży, którzy ją przesłuchują. I ona mówi mi tak: W jaki sposób ja mam mówić o intymnych doświadczeniach, które przeżyłam jako mała dziewczynka, przed pięcioma mężczyznami, którzy każą wypełniać rubryki i podchodzą do tej mojej traumy na zasadzie: formularz, pieczątka? Aż się prosi, żeby w takiej komisji były osoby świeckie, żeby były kobiety, przed którymi łatwiej można się otworzyć, które to rozumieją. Opowiadała zdruzgotana: zero empatii. Wszystko grzecznie, kawka, szczęść Boże, ale żadnej empatii wobec ofiary. I Kościół dlatego przegrywa, oddaje to pole, bo nie stosuje tych najprostszych zasad, które nawet na policji już są – przychodzi psycholog, specjalista, który potrafi odróżnić konfabulację od prawdy, pozwoli się wygadać, stworzy warunki psychologicznego komfortu. No i są kobiety, które niosą pomoc kobietom – to jest naprawdę bardzo ważne, bez tego nie ruszymy dalej.

Też doświadczyłem różnych rzeczy w Kościele i wiem, że chłód i sztywność są na porządku dziennym, a ofiary potrzebują ojcowskiej troski, nie urzędnika w kurii, który załatwia sprawę, wypełnia rubryki i wraca do domu. Musimy tym ludziom zacząć służyć.

- Ja obejrzałam ten film nie tylko jako dziennikarz, ale też jako mama trójki dzieci. I chyba najbardziej zabolała mnie ta sytuacja w kurii, gdy rodzice przychodzą w imieniu swoich dzieci. Zwykliśmy nazywać ordynariuszy diecezji ojcami, a tu mamy sytuację odczuwalnego dyskomfortu – jak najszybciej skończyć to spotkanie, nie wchodzić w szczegóły, no a skoro są dorośli, to niech przyjdą sami.

- To są, niestety mechanizmy, które są powielane od wielu, wielu lat: biją w nas, trzeba się bronić, czyli jesteśmy my i oni.

- Ale czy to jeszcze Kościół Chrystusa?

- Kiedy wyszła książka pt. „Chodzi mi tylko o prawdę” wezwano mnie do kurii krakowskiej na tzw. Radę Kapłańską, gdzie byłem przesłuchiwany – dlaczegoś napisał, czy ty sobie zdajesz sprawę co zrobiłeś, itd. Zostałem potraktowany jako przestępca. Jednak gdy doszło wreszcie do dyskusji merytorycznej, a więc na temat konkretów, to okazało się, że wielu młodych księży, którzy tam byli, zaczęli brać moją stronę mówiąc: No dobrze, ale dokąd się da to tuszować? Jeden z księży profesorów, który był tam obecny, zresztą mój wychowawca z seminarium, powiedział przy wszystkich, że te problemy to są zgniłe beczki z kapustą w budynku, wcześniej czy później beczki eksplodują i będzie smród, nie tylko w piwnicy, ale w całym budynku. Powiedział, że trzeba te beczki wynieść. I ktoś musi to zrobić, choć najlepiej byłoby zrobić to wspólnie.

- Tak, tyle że angażowanie się w „wynoszenie beczek” może skończyć się tak, jak to, co obserwujemy teraz w ataku na Tomasza Terlikowskiego. Wszyscy są zgorszeni jego udziałem w filmie, ale niewielu przypomina o kamieniu młyńskim u szyi, o którym mówił Chrystus w przypadku zgorszenia maluczkich…Czy to jest rzeczywista obrona Kościoła, potrzebna i właściwa?

- Ja nie wiem, czego bronią ci, którzy atakują Terlikowskiego – powiem ryzykownie, że świętego spokoju kurii, ale z pewnością nie Kościoła. Ja znów odwołuję się do wydarzeń z poprzednich lat – bo trzykrotnie to przeżyłem – winny nie jest sprawca, ale ten, który to opisał. A więc jeśli nie piszesz, to jesteś dobrym księdzem, dziennikarzem katolickim, dobrym członkiem Kościoła. Jesteś dobry, gdy przymykasz oczy na zło. A przecież lekarz musi powiedzieć pacjentowi diagnozę, aby móc go leczyć, nie może go oszukiwać, bo gdy nie zacznie się leczyć, to umrze! I to dzieje się w Kościele – ludzie Kościoła uciekają przez diagnozą o nich samych.

- A może nie aż tak, może raczej zasada pani Dulskiej: pierzmy brudy we własnym domu? I to pranie brudów być może się dzieje, ale poza okiem kamer?

- Oboje wiemy, że dopóki nie ma skandalu, nie ma reakcji. Dziennikarze to nie są wrogowie Kościoła, to są ludzie, którzy bardzo często zwracają uwagę na słuszne sprawy i trzeba ich wysłuchać, a nawet jeśli ich działania mają być inspiracją, to przyjmijmy ją. Ludzie świeccy są konieczni w strukturach Kościoła, aby on mógł być spójny, kompletny, aby mógł się oczyszczać i zmieniać. Dość takich delegatur, gdzie biskup mianuje księdza, który jest od niego zależny, jest jego panem życia i śmierci i nagle ten podporządkowany z zasady ksiądz ma być delegatem do spraw pedofilii. Nie, niech to będą ludzie świeccy, którzy lepiej to rozumieją jako ojciec, czy matka rodziny, a przede wszystkim są niezależni w wyrażaniu swojej opinii.

- A czy nie jest tak, że gdy włącza się nam mechanizm obrony Kościoła, w niektórych sytuacjach ważny i dobry, to tak naprawdę utożsamiamy kościół hierarchiczny z Kościołem – mistycznym Ciałem Chrystusa i stąd tyle nieporozumień? Stawiamy znak równości między ludźmi Kościoła, którzy są czasem antyświadectwem – z Oblubienicą Chrystusa.

- To nie jest to samo. Kościół musi być jak akwarium – przeźroczysty. Każdy musi móc zobaczyć co tam w środku jest. A co jest najważniejsze w akwarium, aby woda była klarowna o czysta?

- Filtr.

- Tak, potrzebna jest aparatura, która doprowadza tlen i oczyszcza zbiornik. Akwarium zostawione samemu sobie, bez filtra, po pewnym czasie zarasta glonami, a woda mętnieje i ryby umierają. Przejrzystość Kościoła jest konieczna, musi być element, który go filtruje. Prawo kanoniczne tak stanowi, że biskup właściwie przed nikim za nic nie odpowiada.

- Odpowiada, jest jeszcze Stolica Apostolska.

- Tak, ale jeśli ktoś blokuje przepływ informacji między daną diecezją a Watykanem, to papież o niczym może nie mieć pojęcia. To przecież wydarzyło się w przypadku abp Paetza, kiedy dopiero szukająca sprawiedliwości pani Wanda Półtawska przebiła się przez kordon obrońców Kościoła, którzy blokowali informacje wysyłane z Poznania do Jana Pawła II.

- Dobrze, to w jaki sposób wprowadzić do drogiego nam Akwarium filtr i co miałoby nim być, bo rozumiem, że prawdy ewangeliczne nie wystarczają?

- Czas, aby ludzie świeccy zostali zaangażowani do współpracy i pomocy, fachowcy, eksperci. Przed laty trzy osoby napisały do mnie z pani archidiecezji, wrocławskiej, o tym, że były molestowane i ich historie najpierw krył kard. Gulbinowicz, potem abp Gołębiewski dopiero jak przyszedł obecny metropolita to nadał sprawie właściwy bieg.

- Czyli?

- Zrobił to, co należy, natychmiast skierował sprawę do Watykanu i dwie z trzech już się zakończyły, na jedną jeszcze czekamy.

- W filmie mówi Ksiądz bardzo mocne zdanie i dla mnie, jako świeckiej osoby wstrząsające, mianowicie, że w czasie studiów rzymskich starszy kapłan doradzał zamykanie na noc drzwi od środka. Nie chodzi o wyobraźnię, chodzi o wyobraźnię skali problemu – nasuwa się refleksja: jak bardzo musi być zepsuty system, gdy dochodzi do takich sytuacji. Ostrzeżenie trzeba rozumieć jako sytuację, w której niczego nie możemy zmienić, jest jak jest…

- System jest zepsuty. I znów wrócę do niechlubnego przykładu Poznania, molestowanych kleryków i abp Paetza. Byłem w Rzymie w 2002 r., gdy sprawa Paetza była na ustach wszystkich, tych z Polski i tych z innych krajów. Ta sprawa pokazała, że system jest zepsuty i niewydolny. Wszyscy wiedzieli, ale potrzeba było pani Półtawskiej, świeckiej osoby, która przebiła się do Watykanu i powiedziała swojemu przyjacielowi o tym, co się dzieje w Polsce. Zresztą, o tym później pani Półtawska mówiła, list księży poznańskich musiała przemycić do Ojca Świętego, to nie była prosta sprawa. To pokazuje do jakiego stopnia okłamywano Jana Pawła II. Dlatego nie zgadzam się z tymi, którzy mówią, że to rzuca cień na osobę świętego Papieża. W żadnym wypadku nie rzuca, to pokazuje, że w otoczeniu papieża, niektórzy, bo nie wszyscy, zachowywali się w sposób skandaliczny. Tuszowanie tej sprawy, jak i kilku innych, jak np. sprawy założyciela Legionistów Chrystusa o. Marciala Maciela Degollado pokazuje jakich papież miał współpracowników, jak troszczyli się o niego i o Kościół.

- Bracia Sekielscy zapowiedzieli już trzecią część filmu. Czy to zapowiada dewojtylizację? Ten termin wciąż powraca?

- W żadnym wypadku. Papież był krystaliczny, nikt i nic nie jest w stanie zakwestionować jego świętości. Jednak wielu księży w Watykanie to są homoseksualiści, którzy się wspierają, awansują i dość często w wypaczony sposób postrzegają rzeczywistość. Zresztą, na własne uszy słyszała pani wypowiedź Marcina Przeciszewskiego na Forum Młodych we Wrocławiu, które pani prowadziła…

- Tak, Marcin Przeciszewski, prezes KAI publicznie przyznał, że skandaliczne zachowania i skłonności Juliusza Paetza były w Watykanie znane i za karę wyświęcono go na biskupa i posłano do Łomży.

- Tak, świadkiem tej wypowiedzi był nawet Prymas. I teraz konkluzja, jak zepsuty musi być system, który wyświęcenie kapłana na biskupa uważa za karę?

- …

- Ciąg dalszy tej historii niestety jest taki, że na terenie diecezji łomżyńskiej dochodziło do molestowania wśród duchownych. Niektórzy, o skłonnościach homoseksualnych, zrobili szybkie i błyskotliwe kariery, byli wysyłani za granicę.

- Skąd ma Ksiądz tę wiedzę?

- Dostaję listy, tak jak wcześniej z pani diecezji, czy z innych miejsc. Paetz nie tylko działał w Poznaniu i Rzymie, później działał też, bardzo swobodnie, w Łomży.

- I nikt nie reagował?

- Nuncjusz, abp Józef Kowalczyk nie tylko o tym wiedział, ale przez 18 lat tuszował to, co powinno trafić do Watykanu. Wypowiedź Przeciszewskiego była o tyle ważna, że pokazuje, że powoli dojrzewamy do mówienia prawdy. Gdybym ja powiedział to pięć lat temu, to byłbym suspendowany.

- Czyli Ksiądz miał tę wiedzę?

- Tak, pisałem też w tej sprawie, ale było to rzucanie grochem o ścianę. System jest dość szczelny, rozbicie go jest trudne, ale konieczne.

- Wszyscy, którzy zaatakowali Księdza za udział w filmie zwracali uwagę na dwie rzeczy: data premiery – przed wyjątkowym jubileuszem Papieża – i powoływanie się na to, że w strukturach Kościoła są ludzie bez powołania, zwerbowani przez służby, którzy od lat mu szkodzą.

- Drugi zarzut należy do teorii spiskowych. W książce „Księża wobec bezpieki” dość dokładnie to badam i opisuję – wrzucanych, na siłę, agentów, była garstka. To nie byli ludzie, którzy zrobili choćby karierę, bo nie wytrzymali i odeszli – to jest np. przypadek jezuity Turowskiego, który był oficerem SB, wstąpił do zakonu jezuitów i wytrzymał tam 10 lat. To, że problemy Kościoła są spowodowane sabotażem i inwigilacją to są mity, nie fakty. Nawet, gdyby uznać, że ta koncepcja ma sens, to tym bardziej Kościół powinien chcieć lustracji w trybie pilnym. Teraz sprawa jest przedawniona, minęło 30 lat, ze znanych mi agentów żyje jeszcze kilku, reszta już jest na Sądzie Bożym.

- A nie przeszkadzało Księdzu, że to jednak „prezent” na urodziny Świętego?

- Nie ma dobrej daty, na takie sprawy każda data jest zła. Za chwilkę będziemy przed Bożym Ciałem. W Kościele zawsze jesteśmy przed czymś, albo po czymś. Jeśli ktoś nie chce, to znajdzie tysiąc powodów, by zablokować taką publikację. Problem leży w tym, że gdyby Kościół zaczął porządki po pierwszym filmie, to drugi nie miałby z czego powstać.

- Ale jednocześnie jesteśmy w takiej sytuacji, że po pierwszym filmie to właśnie Kościół zareagował, powołał Fundację św. Józefa, a inne środowiska – zobaczyliśmy ten problem choćby w przypadku znanego muzyka i historii z Tęczowym Music Boxem – nie zrobiły nic, nie zareagowały…

- Proszę pani, a czy politycy coś robią? Rządzi prawica, mamy powołaną komisję, państwową, do walki z pedofilią – do jej powołania według mnie też przyczynił się film Sekielskich – i od 9 miesięcy nikt nie jest w stanie wskazać kandydatów. Po drugim filmie zrobił to dopiero Rzecznik Praw Dziecka. Senat też nie zrobił – tam rządzi Koalicja. Sejm – nie podjął, premier – nie podjął. Popatrzmy też na to, że istnieje silne lobby, które nie chce rozwiązania tego problemu.

- Skąd taka diagnoza?

- Bo wyjdą niecne sprawy, w różnych środowiskach.

- Uparcie powiem: czekam jednak, aż bracia Sekielscy zrobią film o Tęczowym Music Boxie, dołączą do pana Mariusza Zielke i pokażą skalę problemu.

- Zostańmy w naszej rozmowie w Kościele, bo obojgu jest nam on drogi. Kościół ma być wzorem do naśladowania, a nie jednym z wielu miejsc, w których również źle się dzieje. On ma mandat głoszenia Ewangelii, a więc wie jak dochodzić prawdy, chronić słabych – sam musi szukać sprawiedliwości, musi się oczyszczać, naprawiać zło jako pierwszy. Wtedy ma pełne prawo moralne mówić innym jak postępować. Mówienie: u innych też tak jest, albo gorzej, to marne pocieszanie się, sama pani przyzna.

- Przyznaję, całym sercem. Tylko w działaniach braci Sekielskich brakuje mi symetrii i muszę postawić pytanie – sobie, a w naszej rozmowie również Księdzu - dlaczego kolejny film o pedofilii w Kościele i zapowiadana rewizja działań Jana Pawła II?

- Może dlatego, że to Kościół jest punktem odniesienia dla wielu osób, środowisk i spraw? Nawet ci, którzy są daleko, patrzą na Kościół, on budzi emocje. Dzieje się tak dlatego, że założył go Bóg, a nie człowiek, więc ta boskość przyciąga. Kościół musi być wzorem, nawet w tym jak robić porządki.

- Rozmawialiśmy o akwarium, a może powinniśmy o źródle? Jeśli zanieczyścimy źródło…

- Będziemy mieć zatrute rzeki, na zawsze. Moim zdaniem bez interwencji papieża Franciszka Kościół w Polsce już sobie nie poradzi z porządkami, oczyszczaniem i reformą. Czekam na jego głos.

CZYTAJ DALEJ

Kodeń: dziś pogrzeb o. prof. Wacława Hryniewicza OMI

2020-05-30 10:46

[ TEMATY ]

zmarły

kyasarin/pixabay.com

Dziś w południe odbędzie się pogrzeb o. prof. Wacława Hryniewicza OMI - wybitnego polskiego teologa i ekumenisty, zmarłego we wtorek w wieku 83 lat. Po Mszy św. w sanktuarium Matki Bożej Kodeńskiej Królowej Podlasia, zakonnik zostanie pochowany na cmentarzu parafialnym w Kodniu.

Przeczytaj także: Zmarł o. prof. Wacław Hryniewicz OMI

Uroczystościom pogrzebowym, które rozpoczną się o godz. 12.00 przewodniczyć będzie ordynariusz siedlecki, bp Kazimierz Gurda. Słowo wygłosi wikariusz prowincjalny, o. Sławomir Dworek OMI. Eucharystia transmitowana będzie na stronie internetowej oblaci.pl.

List kondolencyjny na ręce prowincjała misjonarzy oblatów przesłał m.in. kard. Kurt Koch, przewodniczący Papieskiej Rady ds. Popierania Jedności Chrześcijan.

O. prof. Wacław Hryniewicz był kapłanem Zgromadzenia Oblatów Maryi Niepokalanej (OMI), wybitnym polskim teologiem i ekumenistą, cenionym w kraju i na świecie. Był twórcą Instytutu Ekumenicznego KUL przez lata zasiadał też w Komisji Episkopatu Polski ds. Ekumenizmu.

Przez 25 lat ks. Hryniewicz był członkiem Międzynarodowej Komisji Mieszanej do Dialogu Teologicznego między Kościołami katolickim i prawosławnym a także członkiem zespołu miesięcznika Znak i stałym autorem „Tygodnika Powszechnego”.

Urodził się 23 lipca 1936 r. w Łomazach k. Białej Podlaskiej w rodzinie rolniczej. Święcenia kapłańskie przyjął w 1960 roku. Studiował teologię dogmatyczną na KUL, a następnie m.in. w Belgii, Anglii i Włoszech, habilitując się w 1974 r.; w roku 1992 r. uzyskał stopień profesora zwyczajnego.

Od 1964 r. był pracownikiem naukowym KUL, następnie pełnił szereg ważnych funkcji kościelnych, m.in. był konsultorem watykańskiego Sekretariatu ds. Jedności Chrześcijan, członkiem Międzynarodowej Komisji Mieszanej do Dialogu Teologicznego między Kościołami katolickim i prawosławnym oraz członkiem Komisji KEP ds. Ekumenizmu.

Opublikował kilkadziesiąt książek, m.in. „Nadzieja zbawienia dla wszystkich”, „Pascha Chrystusa w dziejach człowieka i wszechświata”, „Dramat nadziei zbawienia”, „Nadzieja woła głośniej niż lęk. Eseje wokół Jezusa historycznego”.

Był znanym orędownikiem, popularyzatorem i kontynuatorem "teologii nadziei" a więc nadziei zbawienia wszystkich ludzi. Swoją, rozwijaną od dziesięcioleci myśl budował na gruncie intuicji wyrażanych u początków chrześcijaństwa przez wielkie postacie niepodzielonego jeszcze Kościoła, w tym żyjących w IV wieku Grzegorza z Nyssy czy Ambrożego z Mediolanu (święty Kościoła katolickiego i prawosławnego). W jego tekstach stałymi punktami odniesienia są także późniejsi myśliciele wschodniego chrześcijaństwa: Sołowiow, Bierdiajew, Evdokimov.

O. Hryniewicza, zgodnie ze swoją wola, zostanie pochowany na cmentarzu parafialnym w Kodniu, w kwaterze oblackiej.

Od połowy lat 80. XX w. Kodeń jest miejscem Ogólnopolskich Spotkań Ekumenicznych. Idea zrodziła się w 1983 r. jako modlitwa dziękczynna za spotkanie młodzieży w Taizé. Myślą przewodnią była modlitwa o jedność chrześcijan i o pokój. Kodeń jako miejsce kontynuujące tradycję spotkań zaproponował ks. Andrzej Madej OMI, wówczas duszpasterz w kodeńskim sanktuarium, zlokalizowanym w miejscu, gdzie od wieków żyją wspólnie katolicy, grekokatolicy, prawosławni i protestanci.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

Wspierają nas

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję