Reklama

Kreatorka

Specjalistka od mody i dobrej kuchni, artysta plastyk po łódzkiej Akademii Sztuk Pięknych, do Domu Pomocy Społecznej im. Florentyny Malskiej przyszła tylko na chwilę, na zastępstwo. Ale została i to pod jej skrzydłami placówka uzyskała status najlepszej w kraju. Grażyna Łęska-Baranowicz jest tam kochana za tysiąc uśmiechów i pasję, którą wkłada we wszystko, co robi. Dla takich osób jak ona metryka jest sprawą marginalną - nie starzeją się nigdy

Niedziela kielecka 28/2010

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Dotąd nosi na palcu rodzinny sygnecik z błękitnym oczkiem i herbem Janina, ale z estymą wspomina nie tyle herbowe wątki, ile koneksje artystyczne, twórcze, które sprawiły, że wybór ASP był oczywistością. Ot, choćby brat ojca Tadeusz Łęski, pierwszoligowy architekt światowej sławy (twórca m.in. Metropolitan Opera w Nowym Jorku) i jego córka projektująca dla Diora.

Panienka z dobrego domu

Reklama

Ojciec Jan Łęski skończył najpierw architekturę wnętrz, a potem grafikę, dziadek - także Jan Łęski, był znanym w Kielcach drukarzem, związanym z „Gazetą Kielecką” i in. tytułami, wreszcie cała plejada cioteczno-wujecznych, w tym choćby rodzina Płoskich (Andrzej - grafik w Szwecji, Michał - ikonopis), czy „córki cioci Marysi” - artystki wykładające na Sorbonie.
Jako mała dziewczynka często szczękała nożycami, przykrawając sukienki dla lalek, z podziwem zerkając na babcię Marię Wójcikiewicz, prezydującą u szczytu rodzinnego stołu, z dystynkcją nadzorującą domowe prace, niewypuszczającą ani na jotę domowej władzy ze swych delikatnych rąk. „Wypada, nie wypada”, „Przystoi panience, nie przystoi” - ukochana mama Danuta przestrzegała etykiety, przenigdy nie podnosiła głosu, a wpojone przez nią zasady obowiązują dotąd, tak jak nie rozluźniły się (a mogły), choćby w czasie artystycznych studiów.
Był więc zasobny i ciepły dom, w którym aż tak bardzo nie odczuwało się szarzyzny PRL (o herbie ukrytym w piwnicy nie wolno było nikomu wspomnieć), zabawy z młodszym o dwa lata Zbyszkiem, święta z choinką i wieczerzą wigilijną, gdy do stołu zasiadali także dozorcy, posługaczki, praczki, wszyscy „dochodzący” do pomocy w domu. Z czasów szkolnego „Nazaretu” (SP im. Królowej Jadwigi) najlepiej zapamiętała charyzmatyczną postać katechety, ks. Tomasza Wróbla („ogromna wiedza, kultura, żarliwa wiara” - wspomina). Dzieciństwo i młodość to także czas intensywnych zajęć sportowych pod okiem taty, który był zamiłowanym, czynnym sportowcem („czuł się wtedy wolny” - mówi) i nie odpuszczał swoim dzieciom. - Nie było zmiłuj, popołudnia, soboty, niedziele to był kort tenisowy, biegi, pływanie, siatkówka, czasami miałam serdecznie dość - wspomina dzisiaj. Ale pewnie dzięki tej zaprawie zdobyła wicemistrzostwo w biegach narciarskich i z sukcesami grała w siatkówkę w studenckim AZS. Gdy ojciec miał ponad 40 lat i dostał dyplom jako najstarszy siatkarz na boisku, postanowił się jednak wycofać z czynnego sportu.
Po maturze w LO im. Słowackiego wybrała nowatorski wtedy kierunek - tkaninę artystyczną, decydując się na Łódź, choć był też i epizod z krakowską ASP. 6-letnia uczelnia w Łodzi była wówczas niewielka, raptem ok. stu osób, na pewno mniej zmanierowanych niż w Krakowie, gdzie artystyczna bohema nadawała ton, a alkohol lał się strumieniami, czego nigdy nie polubiła… - Byłam w pracowni z Bogusiem Metzem, urządzaliśmy poetyckie wieczory, on grał na gitarze. Malowałam bardzo realistycznie - wspomina. Z Krakowem często kojarzy prof. Wandę Borowską z jej wspaniale wykładaną historię ubioru. Któregoś roku została najmilszą studentką Łodzi, a po IV roku studiów wyszła za mąż za Andrzeja Baranowicza, łodzianina, włókiennika z zawodu.
Po krótkim etapie pracy na uczelni wróciła z mężem do rodzinnych Kielc. Dlaczego? - Bo dostałam mieszkanie, a wtedy był to cud - mówi.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

Ubarwić PRL-owskie Kielce

Reklama

Mieli więc mieszkanie i pracę, mąż - inżynier włókiennik szybko odnalazł się w branży; został wicedyrektorem „Nidy”, gdzie Grażyna przepracowała rok jako projektant ubioru. Od 1975 do 1990 r. próbowała wnieść trochę koloru i inwencji do odzieży produkowanej kolejno przez Zakłady Przemysłu Odzieżowego „Nida”, Wojewódzkie Przedsiębiorstwo Handlu Wewnętrznego, Zakłady Przemysłu Dziewiarskiego „Elekta”. To były jej kolejne miejsca pracy, w fatalnych czasach dla ludzi z inicjatywą i jakąkolwiek własną koncepcją. Brakowało środków, każda cudem zdobyta bela kaszmiru czy aksamitu przepadała bez wieści, rynek był przewrócony do góry nogami, kryzys pukał do drzwi. - Tak mi to obrzydło, że rzuciłam tę pracę z dnia na dzień - wspomina. - Kolekcje szły do ZSRR, a za moje projekty na targach branżowych i pokazach mody (np. w Poznaniu, Gdańsku, Krakowie czy w Niemczech) zbierali laury moi dyrektorzy. No i jak długo można projektować do szuflady…?
Mąż otworzył garbarnię, wytwarzali delikatne, bajecznie kolorowe skóry, które na pewno stałyby się ich marką i hitem na rynku, gdyby nie okradziono ich do cna. Z dnia na dzień zostali bez środków.
Grażyna Łęska-Baranowicz w swoim ukochanym zawodzie - kreacji ubioru - spełniała się także w innej formule, prowadząc rubryki o modzie w wielu czasopismach („Przemiany”, „Gazeta Kielecka”, „Gazeta Wyborcza”, „Słowo ludu”, „Echo dnia”, „Kosmetyka i kosmetologia” - artykuły, rysunki). Pisała w sposób regularny, prowadziła też rubryki o kuchni, czując się po trosze samodzielnym dziennikarzem. Wykładała w szkołach wyższych w Kielcach i Krakowie. Zainicjowała wybory najlepiej ubranych kielczan - dotąd na antenie Polskiego Radia Kielce prowadzi z red. Ewą Okońską sobotnią audycję o modowych trendach, udziela porad z zakresu kreatywnej kuchni i aranżacji stołu na wszelkie okazje.
No bo jest zamiłowaną kucharką i mistrzynią tortów; po trosze przekształciła wysokokaloryczną i ciężkostrawną kuchnię polską w kierunku francuskiej, włoskiej. Ma przyjaciółkę Francuzkę, u której bywa od lat, dzięki czemu przekonała się do owoców morza (ze wskazaniem na krewetki), kocha się w serach, sałatkach, ziołach, oliwie. - 500 kołdunów, galaretka z nóżek? - proszę bardzo. Uwielbia gotować i degustować, ubolewa nad skutkami kaloryczności ukochanych potraw, no ale kto dzisiaj potrafi własnoręcznie upiec i udekorować 18 (!) tortów, aby poczęstować nimi w pracy w dniu swoich imienin? Jej specjalność to orzechowy tort domowy, na bazie grubo pokrojonych orzechów plus elegancka dekoracja, dzięki smakowym półproduktom sprowadzanym wyłącznie w tym celu ze słonecznej Francji.
Śp. bp Mieczysław Jaworski, przyjaciel rodziny, wielki smakosz, będący wciąż pod pręgierzem rozmaitych diet, mawiał przed kolacją w jej domu: „No to dzisiaj sobie dietę odpuścimy” - i z radością zasiadał do stołu.

„Tylko na trzy miesiące”

Rok 1990, jest akurat vacat na stanowisku dyrektora Domu Pomocy Społecznej im. F. Malskiej. To założona 80 lat temu placówka z myślą o starszych osobach, dobrze urodzonych i zasłużonych dla regionu - zubożałej inteligencji, starszych paniach z ziemiaństwa.
Te dość niespodziewanie spadłe na nią obowiązki Łęska-Baranowicz miała pełnić tylko przez 3 miesiące; nie miała pojęcia o warsztacie pedagogiczno-psychologicznym, ale za to bardzo indywidualnie traktowała każdego pensjonariusza, dogłębnie przejmując się jego losem. „Słoneczko, nie martw się, chodź ze mną na kawkę”, „Słoneczko, opowiedz mi, jak minęła ci noc…”. Sama szyła firanki, dobierała kolory, szorowała na kolanach podłogę, aby postkomunistycznemu molochowi (jakim niestety stał się elitarny niegdyś Dom Malskiej) nadać rys, indywidualność, ciepło - by stał się na powrót domem.
Gdy ją namawiano, by wystartowała w konkursie na dyrektora: - Nie mam kwalifikacji - mówiła, ale coraz bardziej czuła się związana z tym miejscem. Konkurs - nadspodziewanie dla siebie i bliskich - wygrała.
Domem Pomocy Społecznej im. F. Malskiej kieruje od 1990 r. - Pod okiem szefowej dom bardzo się zmienił, zgrany zespół to także jej zasługa. Jest wyrozumiała, okazuje zaufanie i wyczucie na pomysły załogi - mówi Zdzisław Łakomiec, kierownik administracyjny DPS.
Nowa dyrektor szybko zrozumiała, że konieczne jest uzupełnienie wykształcenia (był to czas, gdy kształtowały się zręby opieki społecznej w budującej struktury demokratyczne Polsce), zrobiła więc specjalizację dla organizatorów pomocy instytucjonalnej (Warszawa, 1994-95).
Czym żył i czym żyje „Dom Malskiej”, jak wciąż nazywa się placówkę w Kielcach? Zapewnieniem profesjonalnej opieki starszym pensjonariuszom w jesieni życia; specjalistyczną rehabilitacją; kaplicą, z której korzystają także okoliczni mieszkańcy; dobrą kuchnią i szczególną atmosferą, która jest dyfuzją spokoju i opanowania wnoszonego przez posługujące tutaj od początku siostry sercanki i temperamentu szefowej. - Pani dyrektor bardzo umiejętnie buduje atmosferę wśród mieszkańców domu, z wielką życzliwością i kompetencją podchodzi do chorego, starszego człowieka, cierpliwe szuka wyjścia z trudnej sytuacji - mówi przełożona s. Weronika (w DPS pracują obecnie cztery siostry).
W świetlicy - poza typowymi zajęciami - spotkania Towarzystwa Dobroczynności, Stowarzyszenia Ruchu Kultury Chrześcijańskiej „Odrodzenie”, koncerty filharmoników i uczniów szkoły muzycznej. Z poezją, pantomimą czy jasełkami odwiedzają Dom dzieci z zaprzyjaźnionych kilku gimnazjów i liceów, praktyki odbywają studenci i pielęgniarki. Aukcje prac plastycznych (dzięki aukcji patchworków i gobelinów zebrano fundusze na pielgrzymkę do Rzymu), wyjazdy na ognisko, wizyty delegacji zagranicznych (z Danii, USA, Kanady, Białorusi, wolontariusze Korpusu Pokoju i in.).
- Okrzepłam, uspokoiłam się, zaakceptowałam nieuchronność śmierci bliskich mi bardzo mieszkańców Domu - komentuje Grażyna Łęska-Baranowicz. - Teraz dojrzalej patrzę na chorobę i śmierć, choć zawsze jednakowo żałuję - mówi.
Zawsze musi być wyczulona na potrzeby mieszkańców i wychodzić im naprzeciw. Gdy dwie starsze panie nie są w stanie porozumieć się w jednym pokoju - rozdziela je. Obecnie „U Malskiej” mieszka pewien starszy Niemiec z Wiesbaden (na szczęście obawy o emocjonalną reakcję pensjonariuszy pamiętających wojnę były przedwczesne). Zamknięty, skryty. - On leży i patrzy w sufit, a ja mu opowiadam po polsku różne historie, dowcipy. A to go łap pod rękę i na kawusię, a to przedstawiam go paniom. Przez 2 miesiące był na „nie”, a teraz, proszę, urządza u nas swoje imieniny…
- Czy nie czuje - nie obawia się, że szefowanie placówce dla osób starszych, tak odległe od społecznego postrzegania roli artysty plastyka, nieco przyćmiło jej zawodowy wizerunek? - Mam tutaj swoje miejsce i zakątek w ludzkich sercach - wyjaśnia Grażyna Łęska-Baranowicz. - Sporo powiedziałyśmy sobie o pięknie - Włoch (ach, jakaż tam jest cudowna moda!), jedynego na świecie Paryża, o dziełach moich ukochanych malarzy impresjonistów i równie kochanej secesji, o kolekcjach białych mebli i aniołków. Pracując tutaj, obcując ze starszymi ludźmi w ostatnim okresie ich życia, utwierdzam się w przekonaniu, że piękno jest wszędzie. Jednak najwięcej go w człowieku.

GRAŻYNA ŁĘSKA-BARANOWICZ

Urodziła się 28 maja 1947 r. w Kielcach, absolwentka Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Pięknych w Łodzi (obecnie ASP), kierunku Projektowanie Odzieży i Tkaniny, w l. 1968 -74. Do 1990 r. pracowała jako plastyk - projektant ubioru. Od 1990 r. kieruje DPS im. F. Malskiej w Kielcach.
Mąż Andrzej, dwóch synów (Paweł - lekarz stomatolog, Wojciech - ekonomista).
Była dwukrotnie nominowana do Nagrody Ministra Pracy i Polityki Społecznej za wybitne osiągnięcia w pomocy społecznej oraz do nagrody Miasta Kielce; w 2005 r. - jako dyrektor najlepszego Domu Pomocy Społecznej w Polsce - otrzymała nagrodę Ministra Pracy i Polityki Społecznej.
Jest członkiem zespołu ekspertów wytypowanych do konsultacji i kontaktów z Departamentem Pomocy Społecznej Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej.
Sześciokrotnie otrzymała Srebrny Medal oraz Złoty Medal za kolekcje ubioru oraz - od prezydenta Lecha Kaczyńskiego - Złoty Krzyż Zasługi - za działalność w pracy społecznej i kulturalnej.

2010-12-31 00:00

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Św. Monika – matka św. Augustyna

[ TEMATY ]

święta

Adobe Stock

"Święta kobieta” – można by dziś użyć potocznego określenia, przyglądając się Monice, jej troskom i niespotykanej wręcz cierpliwości, z jaką je przyjmowała.

Nie tylko to było niezwykłe, co musiała znosić jako żona i matka, ale przede wszystkim to, jaką postawą się wykazała i jak ta postawa odmieniła życie jej męża i syna. Monika. Urodzona ok. 332 r. w mieście Tagasta w północnej Afryce, pochodziła z rzymskiej chrześcijańskiej rodziny. Jednak największy wpływ na jej pobożność miała prawdopodobnie piastunka, stara służąca, która, zajmując się dziewczynką, dbała, by ta ćwiczyła się w pokorze, umiarze i spokoju. Gdy młoda kobieta wychodziła za mąż za rzymskiego patrycjusza, była bardzo religijna, znała Pismo Święte, filozofię, ale przede wszystkim wierzyła, że z Bożą pomocą będzie dobrą, cierpliwą żoną i matką. I była. Jednak jeszcze wtedy nie miała pojęcia, jak dużo ją to będzie kosztowało i jak wielkie owoce przyniesie jej życie. Przeczytaj także: Monika i Augustyn Najpierw mąż. Był poganinem, ponadto człowiekiem gniewnym i wybuchowym. Lubił zabawy i rozpustę. Monika potrafiła się z nim obchodzić niezwykle łagodnie. Swą dobrocią i cierpliwością, tym, że nigdy nie dopuszczała do kłótni, a także modlitwami i chrześcijańską postawą spowodowała nawrócenie i przyjęcie chrztu przez męża. Gdy owdowiała w wieku ok. 38 lat, miała świadomość, że mąż odszedł pojednany z Bogiem. Syn. Monika urodziła troje dzieci: dwóch synów – Nawigiusza i Augustyna oraz córkę (prawdopodobnie Perpetuę). Mimo ogromnego wysiłku włożonego w wychowanie dzieci jeden z synów – Augustyn zapatrzony w ojca i jego wcześniejsze poczynania, wiódł od lat młodzieńczych hulaszcze życie, oddalone od Boga. Kolejne 16 lat swojego wdowiego życia Monika poświęciła na ratowanie ukochanego syna. Śledząc ich losy, trudno pojąć, skąd brali siły na tę walkę, np. ona – by odmówić własnemu dziecku przyjęcia do domu po powrocie z Kartaginy (wiedziała, że związał się z wyznawcami manicheizmu), on – by nią pogardzać i przed nią uciekać. Była wszędzie tam, gdzie on. Modliła się i płakała. Nigdy nie przestała. Wreszcie doszło do spotkania Augustyna ze św. Ambrożym. Pod wpływem jego kazań Augustyn przyjął chrzest i odmienił swoje życie. Szczęśliwa matka zmarła wkrótce potem w Ostii w 387 r.
CZYTAJ DALEJ

Kard. Ryś: Na próżno żyje ktoś, z kogo nie ma nikt żadnego pożytku

2026-08-27 09:14

[ TEMATY ]

kard. Ryś

ks. Łukasz Bankowski / Vatican News

Sługa to jest ktoś czuwający, kto potrafi się skupić na tym momencie i to w taki sposób, żeby ten moment mógł pożywić innych - wskazał metropolita krakowski kard. Grzegorz Ryś w homilii podczas Mszy św. przy grobie św. Jana Pawła II, jak relacjonuje Vatican News.

Na początku homilii podczas Mszy św. koncelebrowanej przez ok. 60 kapłanów, kard. Ryś nawiązał do pytania Jezusa z dzisiejszej Ewangelii:
CZYTAJ DALEJ

Radomska pielgrzymka na Jasną Górę - najliczniejszą w Polsce

2026-08-27 10:57

[ TEMATY ]

Radom

pielgrzymki

Agata Kowalska/Niedziela

Pielgrzymka Diecezji Radomskiej była najliczniejszą pieszą pielgrzymką, jaka dotarła w tym roku na Jasną Górę. Pątniczy trud podjęło 9215 osób. - Dziękuję wszystkim, którzy podjęli w tym roku pątniczy trud, aby wyrazić w ten sposób swoją wiarę, dając też wielkie świadectwo wobec osób, które spotykali na trasie pielgrzymki - skomentował bp Marek Solarczyk, który również pielgrzymował do Częstochowy.

Biskup radomski zaznaczył, że nie chodzi tu głównie o liczby czy ustanawianie rekordów, lecz pokazanie wielotysięcznej rzeszy pielgrzymów, którzy nie obawiali się podjęcia pątniczego trudu. - To był czas pięknego przeżywania wiary we wspólnocie. Wierzę, że ten czas jest nadal przeżywany w konkretnych wspólnotach parafialnych, czy rodzinach - podkreślił.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję