MARTA JACUKIEWICZ: - Cztery tygodnie spędziłeś razem ze swoim bratem Tomaszem - trenerem w Afryce. Jaki wpływ miało na Ciebie zgrupowanie na Czarnym Lądzie?
MARCIN LEWANDOWSKI: - Kocham zgrupowania w Afryce, jest tam bowiem to, czego najbardziej potrzebuję do treningu: świetna pogoda i odpowiednia wysokość nad poziomem morza. Dodatkowo mogę trenować z najlepszymi na świecie, próbować ich dogonić. Także inne aspekty pozasportowe powodują, iż te wyjazdy są cudowne. Duże znaczenie ma przede wszystkim poznawanie nowych kultur i miejsc.
- Były też konsultacje ze specjalistą od biomechaniki ruchu - Vincenzo Canalim…
Pomóż w rozwoju naszego portalu
- Konsultacje się odbyły ze świetnym rezultatem. Canali to wybitny fachowiec. „Poustawiał” mnie trochę, mam nadzieję, że to pozwoli urwać kilka cząstek sekundy… Spotkania z nim dają bardzo dobre rezultaty.
- Tomku, jesteś trenerem mistrza Europy w biegu na 800 m. Kiedy zaczynałeś prowadzić Marcina w tej drodze - o czym marzyłeś?
Reklama
TOMASZ LEWANDOWSKI: - Kiedy zaczynaliśmy, nie mierzyłem aż tak wysoko. W przypadku Marcina marzyłem o medalu z mistrzostw Polski. Po kilku latach i kilkunastu już takich medalach, paru rekordach Polski, gdy przekonałem się o wielkim talencie, unikalnych możliwościach Marcina, wówczas pojawił się cel - udział w igrzyskach. W tym samym czasie, gdy Marcin miał 18-19 lat, ujawniły się także inne, pozasportowe marzenia. Chciałem wykorzystać sport jako narzędzie do kształtowania charakteru, przygotowanie do dorosłego życia. Marzyło mi się, by Marcin wykorzystał dar, jaki otrzymał, do pomocy innym, by w pozytywny sposób zapisał się w pamięci ludzi, by sport zrobił z niego dobrego człowieka. Po kolejnych rekordach i medalach, tym razem już na arenie międzynarodowej, narodziło się obecne marzenie - medal olimpijski, najlepiej złoty, by z orzełkiem na piersi i medalem na szyi móc słuchać Mazurka Dąbrowskiego… (uśmiech). Cieszył się jednak będę z każdego medalu.
- Co czujesz, kiedy Marcin trzyma w ręku złoty medal?
- Przez pierwsze chwile po zdobyciu przez Marcina złotego medalu mistrzostw Europy nie byłem nawet w stanie się cieszyć. Zamiast skakać z radości do chmur, usiadłem na trybunach, „zgasłem”. Emocje opadły, a z nimi resztki energii, jakie zostały mi po jego biegu finałowym. Później jednak przyszła wszechogarniająca mnie radość, duma, spełnienie… Tak jest za każdym razem po dobrym występie, szczególnie tam, gdzie pierwszy jest Marcin.
- Setki dni spędzacie poza domem. Czy to, że jesteście braćmi i przez większość czasu jesteście blisko siebie, pomaga w rozłące z rodziną?
- Pewnie, wspólne spędzanie czasu pozwala nam utrzymywać bliskie więzi i choć na chwilę zapomnieć o tych, których zostawiliśmy w domu. Nie da się jednak uniknąć tęsknoty za najbliższymi, za krajem. Ale też w tym wielkim poświęceniu, katorżniczej pracy, wyjazdach coraz mniej jest naszego braterstwa, a więcej relacji na płaszczyźnie trener - zawodnik.
- Zdarzają się Wam kłótnie?
- Nie. W relacjach trener - zawodnik kłótni być nie może. Marcin mi ufa i posłusznie wykonuje polecenia treningowe, a także dopasowuje swoje życie do treningów. W kwestiach pozasportowych całkowicie się różnimy, nie kłócimy się jednak, a akceptujemy zdanie drugiej strony.
- Życzę owocnej pracy, bardzo dziękuję za rozmowę.
Kontakt: