Z zainteresowaniem poznawałam świat pochodzącej z Kruszewca (woj. warmińsko-mazurskie) Marii Tadeuszy Heleny Frąckiewicz. Absolwentka Technikum Hodowlanego w Karolewie po maturze w 1977 r. wstąpiła do Zgromadzenia Sióstr św. Dominika, a po 16 latach pracy z dziećmi i młodzieżą w Polsce, po ukończeniu studiów teologicznych w ATK w Warszawie, wyjechała na misje.
Na portalach i w realu
Dziś trudno jej nie zauważyć w przestrzeni wirtualnej. Toteż śledzę kolejne wpisy dominikanki i chętnie udostępniam apele o wsparcie misji. Ale spotkania na żywo się nie spodziewałam. A jednak. W czasie tegorocznych Międzynarodowych Targów Książki w pewnej chwili do stoiska „Niedzieli” podeszła ubrana na biało, opalona zakonnica. – Siostra Tadeusza? – zapytałam, nie dowierzając własnym oczom. – A któżby inny – odpowiedziała, śmiejąc się radośnie. Gdy skończył się czas spotkań z czytelnikami, którzy pragnęli poznać autorkę książki pt. „Bajki kameruńskie. Najpiękniejsze opowieści dzieci afrykańskich”, udało nam się chwilę porozmawiać.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Reklama
– Skąd pomysł na przybliżanie idei misji na portalach społecznościowych? – dopytuję, na co s. Tadeusza stwierdza, że to bardzo dobry nośnik informacji. – Nie muszę być wszędzie, aby poinformować, co się u nas dzieje, a udostępniając informację, zdjęcie na portalu, od razu docieram do bardzo wielu osób – wyjaśnia. Nie kryje, że Kamerun to miejsce, gdzie na białych czyha wiele niebezpieczeństw. Przyznaje, że jakiś czas temu dowiedziała się, iż było planowane porwanie sióstr przez tych, którzy uprowadzili ks. Mateusza Dziedzica. Wspomina: – Był taki moment, że media przestały o tym mówić i porywacze zdecydowali, iż trzeba się przypomnieć. Postanowili, że porwą jeszcze kogoś białego. Ale na szczęście czuwała nad nami Boża opatrzność. Gdy jechaliśmy w kierunku, gdzie czekali porywacze, ni stąd, ni zowąd spadł olbrzymi deszcz. I myśmy się w tym deszczu z wielkim trudem posuwali. To opóźniło nasze przybycie do miejsca, gdzie porywacze na nas czekali. Tym sposobem uniknęliśmy zasadzki.
Pokojowa islamizacja
Z innymi „zasadzkami” mają do czynienia ubodzy mieszkańcy Kamerunu, który należy do najbiedniejszych obszarów Czarnego Lądu. – Tu ludzie na wsiach żyją z pracy własnych rąk. uprawiają orzeszki arachidowe, bataty czy maniok, który jest podstawą ich żywienia. I właśnie bieda popycha ich w kierunku muzułmanów, którzy mają zdecydowanie wyższy status materialny – mówi s. Tadeusza.
Misjonarka opowiada, jak kilka lat temu poznała „pokojowe sposoby” islamizacji Kamerunu. – Pierwszym z nich jest pojmowanie chrześcijanek za żony – mówi i tłumaczy, że muzułmanie mogą mieć legalnie cztery żony. Zaleca im się, aby przynajmniej dwie były chrześcijankami. Jeszcze lepiej, gdyby wśród żon była katoliczka pochodząca z rodziny zaangażowanej religijnie. Moja rozmówczyni dodaje, że w wyniku takich małżeństw chrześcijanki automatycznie stają się muzułmankami, bo przejmują religię męża. Przyznaje też, że dla biednych rodzin posag wpłacony przez muzułmańskiego zięcia stanowi duże wsparcie. Jest to otwarcie furtki dla muzułmanów, którzy odwiedzają krewnych żony, przynoszą prezenty, a czasem nawet proponują ufundowanie stypendium dla młodego człowieka. Jednak w tej ofercie studiów znajdują się tylko kraje typowo islamskie, np. Arabia Saudyjska, Pakistan czy Sudan.
Reklama
Edukacja to drugi sposób na islamizację Kamerunu. Co prawda jest on rozłożony w czasie, ale konsekwentnie realizowany. S. Tadeusza podkreśla: – Muzułmanie w sposób szczególny dbają o edukację swych dzieci. Tymczasem ubodzy ludzie z kameruńskich wiosek niejednokrotnie rezygnują z wysyłania potomstwa do szkoły, ponieważ nie mają pieniędzy, bo każda para rąk jest potrzebna do pracy w gospodarstwie. Dominikanka zauważa, że właśnie w ten sposób za 20-30 lat muzułmanie staną się elitą w państwie – będą profesorami, nauczycielami, lekarzami, prawnikami. Zdominują społeczeństwo i zapewne przejmą władzę.
– Jak możemy pomóc? – dopytuję. – Jest wiele sposobów – odpowiada s. Tadeusza i dodaje: – Przede wszystkim trzeba się modlić. I za misjonarzy, którzy decydują się na tę formę służenia, i za tych, do których Pan Jezus nas posyła. Na pewno też warto się zainteresować adopcją na odległość. W ten sposób zapewniamy konkretnemu dziecku czy młodemu człowiekowi rodzaj stypendium, które daje mu szansę na zdobycie wykształcenia.
Radość życia
Pomimo tych wszystkich zagrożeń dominikanka mówi z uznaniem o miejscu, gdzie głosi Ewangelię, ucząc i wychowując dzieci, przychodząc z pomocą chorym i opowiadając Kameruńczykom o Jezusie. Aby przybliżyć mi inne oblicze Afryki, podkreśla optymistyczne nastawienie jej rdzennych mieszkańców i ich wielki szacunek dla wspólnoty, rodziny. Podkreśla: – Najbardziej podoba mi się ich radość życia, którą zachowują pomimo różnego rodzaju problemów. A tych im nie brakuje. I chyba sama nauczyłam się innego spojrzenia na problemy materialne, co też bardzo mi pomaga. Właśnie w Afryce uświadomiłam sobie, że można żyć, mając tak niewiele.
Na zakończenie spotkania moja znajoma z Twittera spogląda na mnie swymi roześmianymi oczami i wyznaje: – Radości życia nauczyłam się od moich braci i sióstr w Kamerunie. To jest zupełnie inny świat, w którym czuję się bardzo potrzebna. Dziś trudno mi sobie wyobrazić, że mogłoby mnie tam nie być.